Jesteś tu
Home > artykuły > Roman Korynt: Na boisku miałem coś przywódczego

Roman Korynt: Na boisku miałem coś przywódczego

Wywiad z Romanem Koryntem, przeprowadzony przez redakcję Lechia.gda.pl 30 kwietnia 2002, w jego gdyńskim mieszkaniu. Legenda Lechii była świetnej formie fizycznej, liczyła wówczas 73 lata.


Najbardziej utytułowany piłkarz wybrzeża, długoletni lider zespołu, wychowawca młodzieży, ale także zapalony i świetny wędkarz rozegrał w kadrze narodowej 35 meczów, z tego 33 jako lechista. Dwukrotnie, w 1959 i 1960, uznawany przez katowicki Sport za najlepszego piłkarza polskiej ligi. Popularny „Miotła”, oddany biało-zielonym barwom.

Zacznijmy od początku. Jak pan trafił do Lechii?
Roman Korynt: – Była to dość głośna sprawa. Po odbyciu służby wojskowej, jako reprezentantowi Polski i olimpijczykowi, ciężko mi było wrócić do trzecioligowej zaledwie Gedanii, mojego macierzystego klubu. Byłem jednak przywiązany do klubowych barw, kolegów, otoczenia… Żeby grać w Gedanii musiałem podjąć pracę elektryka w kolejnictwie. Po przejściu badań medycznych okazało się, że mam wadę wzroku, lekki daltonizm. Byłem niezdolny do pracy na kolei, więc mi podziękowano. Przyszedłem do domu, zadzwoniłem na Lechię i oznajmiłem, że jestem do wzięcia. Spytali jedynie, kiedy mogą się zjawić, a ja odparłem, że w każdej chwili. I po chwili przyjechała czarna wołga. Odbyły się wstępne rozmowy, oczywiście praca w Kokoszkach, w branży budowlanej. Już po tygodniu zadebiutowałem w meczu z Polonią Bydgoszcz. Normalnie przychodziło ok. 12-15 tysięcy ludzi, tymczasem od momentu mojego przejścia do Lechii zaczęło chodzić 20-25 tysięcy kibiców. Zaliczyłem udany debiut, wygraliśmy 5:1 i pięknie się zaaklimatyzowałem. Wzmocniłem drużynę, mimo że grało w niej wówczas sporo starszych zawodników, ja byłem wręcz jednym z najmłodszych. Dawna Lechia tworzona była przez piłkarzy sprowadzonych ze Śląska: Kokot, Nierychło, Gronowscy, Kamzela. Oprócz Goździka, który był zawodnikiem wywodzącym się z Wybrzeża, pozostali byli ściągnięci z innych rejonów Polski. Wspomniany Kamzela grał na pozycji stopera, zresztą był już wtedy po 30-tce. Ja początkowo grałem na prawej pomocy, póżniej na prawej obronie, ale efekty nie były najlepsze. Aż w końcu trener zaproponował mi pozycję stopera, na co czekałem z utęsknieniem. I po kilku meczach na niej zadebiutowałem.

Wchodził pan do tego zespołu jako gwiazda, był pan przecież reprezentantem Polski?
– W pewnym sensie tak. Nigdy jednak nie czułem się gwiazdorem, grałem wyłącznie dla drużyny. Wiadomo – piłka nożna jest grą zespołową. Chociaż niekiedy pozwalałem sobie zagrać pod tzw. publikę. Pamiętam, że raz źle się to skończyło. Rywal nie poszedł mi na „zwodzik”, odebrał piłkę i padła bramka. Na trybunach usłyszałem gwizdy. Później poszedłem do przodu, piłka usiadła mi na prawej nodze, więc uderzyłem z 18 metrów. Wyrównaliśmy na 1:1! Cofnąłem się do tyłu, tłum zaczął wiwatować. Potem strzeliliśmy jeszcze zwycięską bramkę na 2:1.

W roku 53 Lechia spadła do II ligi. Czy nie miał pan propozycji, aby odejść do innego klubu?
– Oczywiście miałem. Mogłem pójść do Gwardii Warszawa, jednak przeważyły rodzinne sprawy. Zostałem w Lechii i awansowaliśmy do ekstraklasy. Gdy wracaliśmy ze Śląska po meczu, który zapewnił nam awans, zostaliśmy przywitani na dworcu przez tłum kibiców. Awans do pierwszej ligi to wspaniała rzecz … Tak na marginesie. Siedziałem dzisiaj na działce, myślałem o dzisiejszej rozmowie i zastanawiałem się, co ja mam wam powiedzieć. Mam już ponad 70 lat, jestem oddany Lechii i życzyłbym sobie doczekania awansu do pierwszej ligi. (w oczach naszego rozmówcy pojawiły się łzy wzruszenia – dop. red.) Zdrowie dopisuje i cierpliwie poczekam. Może nowy zarząd zdoła wznieść Lechię na wyżyny. W Lechu Poznań młodzi działacze wzięli sprawy w swoje ręce i w tym roku awansowali. Przypuszczam, że za kilka lat taka sytuacja może powtórzyć się u nas. Lechia awansowała do ekstraklasy i w biegu weszła do finału Pucharu Polski. Nie było szansy wywalczenia tego trofeum już wtedy? Przegraliśmy wysoko, aż 0:5. Zdarzył nam się wypadek przy pracy, gdyż nasza defensywa była niemal doskonała. Nie było to więc w naszym stylu, ale graliśmy luźno, straciliśmy dwie bramki na początku, a gdy szybko staraliśmy się je odrobić, traciliśmy kolejne. Inna sprawa, że Legia była wówczas bardzo dobrym zespołem. Jako klub wojskowy była w stanie ściągnąć wszystkich najlepszych zawodników w kraju. Dla nas sam awans do finału był już więc zaszczytem.

Czy zdarzały się inne tak wysokie porażki?
– Owszem, pamiętam na przykład porażkę 0:7 w Opolu i 0:9 w Mielcu. W dwóch meczach straciliśmy 16 bramek! Środkowy napastnik Gajda strzela mi, co było nie do pomyślenia, pięć bramek. Ale rozszyfrowali nas, grali bokami, a Kusz i Lenc byli słabsi biegowo. Poza tymi wpadkami defensywę mieliśmy jednak bardzo silną. W tamtych czasach z tego powodu byliśmy określani przydomkiem murarzy, co było niezmiernie sympatyczne. W przenośni i dosłownie, bo przecież Lechia była klubem budowlanym. Mnie to się podobało, można było nawet powiedzieć o nas betoniarze, nie obrażałem się. Wówczas trenerem był magister Foryś, który był świetnym teoretykiem. Praktyczną wiedzę miał mniejszą, gdyż nie był wcześniej wybitnym piłkarzem. Grał wtedy z nami Bogdan Adamczyk i do dziś nie widziałem równie dobrego piłkarza, który miałby tak perfekcyjnie opanowaną grę prawą i lewą nogą. A do tego czyste i mocne podbicie. Rok później przyszedł największy sukces ligowy nie tylko Lechii, ale i całej wybrzeżowej piłki. Trzecie miejce w pierwszej lidze… Po pierwszej rundzie byliśmy nawet liderem! Nasz zespół był jednak wtedy już bardzo zaawansowany wiekowo, więc nie byliśmy w stanie podołać temu, aby sięgnąć po mistrzostwo.

Może zabrakło wzmocnień?
– Owszem, ale wtedy nie było takich możliwości, jakie są dziś. Część piłkarzy ściągałem na przykład ja, byli oni moimi znajomymi. Na przykład Heńka Wieczorowskiego z Gdyni, Rysia Szyndlara także z Gdyni, Zbyszka Gadeckiego, świetny talent… To był szczyt możliwości ówczesnej Lechii. Dlaczego nasze akcje stopniowo spadały? Gdyż graliśmy wiele lat praktycznie w tym samym składzie, bez dopływu świeżej krwi. Nie było wtedy pracy z młodzieżą, tak jak odbywa się to obecnie. I właśnie dlatego, gdy ja już kończyłem karierę, rozpocząłem szkolenie młodych zawodników. Na robiony przeze mnie nabór przychodziły setki chłopców. Dokonywałem selekcji, a oko miałem niezłe. Wychowałem kilkunastu znanych piłkarzy, pod moją ręką pierwsze swoje kroki stawiali tacy gracze, jak: Puszkarz, Fredek Wierzba , Janusz Makowski, Małolepszy, Gładysz, Józefowicz, Jastrzębowski, bracia Boguccy, Tomek Korynt, Głownia. Wszyscy oni byli z jednej grupy. Ja prowadziłem dzieci od wieku 9-10 lat do 15-tu, a później przekazywałem ich Rogoczowi. Potem przyszedł Michał Globisz, który przy każdej okazji podkreśla, że to Wojciech Łazarek był jego pierwszym nauczycielem. Prawda natomiast jest taka, że przyszedł on kiedyś do mnie, poprosił o pomoc, a ja przekazałem mu cały warsztat pracy. Michał przejął moją schedę i i do dnia dzisiejszego fantastycznie mu to idzie.

Czy ma Pan żal do Globisza, że o tym nie pamięta?
– Kiedyś jemu to nawet powiedziałem, podczas jednej z naszych podróży. Przyznał mi rację, obiecał sprostować, ale raczej niezbyt mu się to podobało i chyba nigdy tego nie zrobił. Dziś już mi na tym nie zależy. Jest to wyłącznie jego talent, jego praca i cieszę się, że odnosi sukcesy.

Wracając do roku 1958, chciał Pan odejść do Gwardii. Czy działacze się wtedy sprzeciwili?
– Zarabialiśmy wtedy w Lechii bardzo słabo. W kadrze często rozmawialiśmy o zarobkach i ja na tle reszty zawodników wyglądałem biednie. Powiedziałem zatem działaczom Lechii, że dostaję stanowczo za niskie pieniądze i mam propozycję z Gwardii. Miałem tam być na etacie jakiegoś nadinspektora i mieć dużo wyższe apanaże. Zapowiedziałem bardzo grzecznie, że jeśli w Gdańsku nie będą w stanie mnie zabezpieczyć finansowo, to odejdę. Czekałem spokojnie cały sezon. Ponieważ minął rok i nic się nie wydarzyło, więc przeniosłem się do Gwardii, rozpocząłem w niej treningi i rozgrywanie meczów sparingowych. Jako kadrowicz nie musiałem czekać na transfer, czy odbywać jakiejś karencji. Byłem na tyle dobry, że dobrze i szybko wkomponowałem się w ten zespół. Kiedyś brałem też udział w wyprawie ŁKS do Belgii i na trzy mecze wzmocniłem drużynę łódzką. Postawiłem więc działaczom Lechii warunek, że chciałbym tutaj, we Wrzeszczu, prowadzić jakiś interes. W klubie powiedzieli, że nie ma sprawy i na ulicy Dworcowej wydzierżawili mi lokal. Jego przeznaczeniem miało być krawiectwo damskie, wyrób i sprzedaż. Według umowy mogłem z niego korzystać tak długo, jak będę zawodnikiem Lechii. Podpisałem, podziękowałem, byłem zabezpieczony i nie musiałem już opuszczać Wybrzeża. Prowadziłem sklep i jednocześnie kopałem piłkę przy Traugutta. Dzierżawiłem ten lokal wiele lat i wszystko było w porządku, aż do momentu, kiedy Tomek przeszedł do Arki. Spółdzielnia nagle zaczęła podwyższać mi czynsz, nawet o 200 procent, a po kilku miesiącach miała miejsce kolejna podwyżka. Wszystko przeliczyłem i okazało się, że ja do tego interesu dokładam. Oddałem więc sklep, a niedługo potem Lechia pożegnała mnie jako szkoleniowca. I w taki bardzo niesympatyczny sposób rozstałem się z Lechią. A marzyłem o tym, żeby zagrać w tym klubie razem ze swoim synem. To moje największe niespełnione marzenie obok tego, że nie rozegrałem 50-ciu meczów w kadrze.

[Lechista HH] Jakimi powodami kierował się Tomasz odchodząc do znienawidzonej przez kibiców Arki?
– Jako gdynianin nigdy nie czułem jakiejś antypatii do Arki, czy Bałtyku. Mimo że jestem lechistą do dnia dzisiejszego. Nawet w zeszłym roku miałem na Arce takie przykre zdarzenie, gdy prezes Milewski nie chciał mnie wpuścić na trybunę honorową i powiedział do mnie per „Pan lechista”. Później mnie wprawdzie przeprosił, ale zachował się skandalicznie. Żal pozostał. Dawniej nie było takich antagonizmów, jakie są obecnie pomiędzy kibicami. Teraz zbyt wielu nie interesuje wynik, ani poziom spotkania. Idą na mecz tylko po to, żeby się zderzyć, walnąć tego lub tamtego. Należy to wyeliminować. Wracając do Tomka, dla niego była to sportowa promocja. Czekał na awans z Lechią, jednak prezesom ani niektórym piłkarzom chyba na nim nie zależało. Tomek chcial się wypromować.

Jak pan ocenia tamten zespół z lat 70-tych?
– Był on bardzo dobry i wielki żal, że nie awansował wtedy do pierwszej ligi. Grała w nim zresztą część moich chłopaków, mających dużą smykałkę do gry. Mogę ich tylko pochwalić.

Czemu na powrót Lechii do ekstraklasy trzeba było czekać aż 21 lat, od roku 1963 do 1984?
– Ta drużyna po prostu się starzała. Graliśmy przez 10-12 lat praktycznie jednym zespołem, nie dochodził niemal nikt nowy. Szansa na awans otworzyła się więc dopiero w latach 70-tych, gdy szkolenie młodzieży w Lechii ruszyło do przodu.

[Czarny] Proszę wytypować 10 najwybitniejszych wg pana piłkarzy w historii naszego klubu?
– Mam wielki sentyment do dawnych zawodników. Ale na szybko ułóżmy to w następujący sposób: 1. Wiadomo (śmiech) 2. Gronowski Heniek 3. Zdzisiu Puszkarz 4. Czesiu Lenc 5. Leszek Goździk 6. Gronowski Robert 7. Bogdan Adamczyk 8. Władek Musiał 9. Jurek Czubała 10. Jerzy Apolewicz. 11. Czesiu Nowicki 12. Tomek Korynt. Wszyscy praktycznie to moi koledzy z boiska. Muszę troszkę promować swoich, z tamtych lat. To chyba jednak zrozumiałe.

W którym okresie Lechia więcej pana zdaniem osiągnęła, była lepszym zespołem. Lata 1955-56, gdy zajęliśmy trzecie miejsce w lidze i byliśmy w finale Pucharu Polski, czy lata 1983-84, gdzie awansowaliśmy z trzeciej do pierwszej ligi, zdobyliśmy Puchar Polski i graliśmy z Juventusem?
– Zdecydowanie mój okres, czyli lata 50-te. Najlepszym dowodem jest to, że byliśmy niepokonani u siebie i graliśmy długie lata w ekstraklasie. Byliśmy bardzo silnym zespołem, na którego mecze regularnie przychodziło po 20 tysięcy ludzi.

[Lechista HH] Dlaczego pański syn Tomasz szerzej nie zaistniał w I lidze i reprezentacji?
Roman Korynt: – W tym czasie było naprawdę kilku dobrych środkowych napastników, więc tylko od trenera zależało, czy Tomek będzie pasował do koncepcji zespołu. Do dziś nie potrafię tego zrozumieć. Co z tego, że on był nieruchliwy, skoro strzelał bramki? Mam o to wielkie pretensje do trenera, a był nim mój kolega z reprezentacji, Andrzej Zientara. Miał on swoją wizję drużyny, jednak według mnie zrobił dużą szkodę mnie, Tomkowi i polskiej piłce. Mam o to do niego żal, ale i tak jestem szczęśliwy. To w końcu moja krew, mój chłopak, wychowanek Lechii i razem zagraliśmy dla reprezentacji, ojciec i syn.

[Waldek] Czego jest w sercu więcej: zawodnika Lechii, czy mieszkańca Gdyni?
– Zdecydowanie Lechii! Jestem co prawda mieszkańcem Gdynii, ale z całym szacunkiem dla Prezydenta Szczurka, najwięcej we mnie lechisty. A przy okazji. Wypromowałem trochę Gdańsk, który zaistniał dzięki mojej Lechii. Tłum ludzi z całego regionu przyjeżdżał na jej mecze. Nie chodzi o moje nazwisko, po prostu my się już kruszymy, z naszej dawnej Lechii została tylko garstka. Dlatego uważam, że wypadałoby zebrać kiedyś w ratuszu tę naszą starą gwardię. To jest taka sugestia dla prezydenta Gdańska. Sympatycznie byłoby przyjechać, otrzymać jakieś odznaczenia honorowe, spotkać się z kibicami, gdańską telewizją, naprawdę byłoby super. Czegoś takiego chcielibyśmy jeszcze doświadczyć i mówię to w imieniu pozostałych zawodników.

[Czarny] Pierwszy mecz, na którym zaobserwował pan biało-zielone flagi na trybunach?
– Jak sięgam pamięcią, było tak od samego początku mojej gry w Lechii.

Czy kibice też byli wtedy tacy fanatyczni jak teraz?
– Może nawet i bardziej. Tyle że dzisiaj są dużo bardziej zorganizowani, melodyjni, są różne piosenki i inne tego typu sprawy. Natomiast kiedyś były tylko chóralne okrzyk i brawa.

Jak pan odbiera to, że dawniej na mecze przychodziło 20 tysięcy kibiców, a dzisiaj zdarza się i skromne 300 osób?
– Dla mnie to jest niezrozumiałe. Żeby na mecze przychodziło nawet 2-5 tysięcy osób, to o czym my mówimy? Za moich czasów na wszystkich drzewach obecni byli ludzie i frekwencja dochodziła do 30 tysięcy. Oczywiście decyduje o tym w największej mierze sportowy poziom. Daję głowę, że gdyby Lechia lub Arka były w pierwszej lidze lub nawet w czubie drugiej, to 10-15 tysięcy kibiców również by przychodziło. Tylko odpowiedni poziom zapewni większą frekwecję na stadionie.

Czy kibice pomagali wam swoim dopingiem?
– Jak najbardziej! Dla każdego zawodnika, który tu przyjeżdżał, widok i doping naszych kibiców wywoływał dreszcze. Dobra akustyka na Traugutta tylko to potęgowała. Ale najlepszą atmosferę potrafili zrobić w tamtych czasach jednak kibice tureccy. W 30-40 tysięcy osób umieli stworzyć taki szum, że gdy grane były hymny, to stojący obok siebie zawodnicy nie byli w stanie się usłyszeć. Dla słabego psychicznie zawodnika jest to deprymujące i może pękać, obniżyć swoją sprawność fizyczną. Dla mnie nie miało to znaczenia. Istotne było, jak odegrali hymn, jak oczywiście poleciały łezki, a wszystko dla Polski. Tego się nie da opowiedzieć, gdyż jest to tak niesamowicie wzruszające… Strasznie ściska w gardle i dlatego wcale się nie dziwię, że niektórzy nie potrafią zaśpiewać hymnu.

Z jakim drużynami w lidze mecze były najbardziej prestiżowe?
– Z Polonią Bytom, dobry zespół z Jasiem Liberdą, Edkiem Szymkowiakiem czy Trampiszem oraz z Legią Warszawa, ale rzadko przegrywaliśmy, nie było problemów.

Najwięksi przyjaciele z czasów gry w Lechii?
– Heniek Gronowski, Bogdan Adamczyk, Jurek Czubała, Władek Musiał, praktycznie cała nasza defensywa.

Czy były też spotkania po meczu lub treningu?
– Raczej nie, po treningu ludzie na ogół jakoś tak szybko uciekali, jedynie ja odnowę musiałem zrobić – masażysta, odprężenie… Nie było to konieczne, ale ja się przykładałem, byłem zawodowcem.

Czy były organizowane jakieś spotkania z kibicami?
– Nie, nie było taki spotkań i żałuję. Miałem za to częste spotkania z dziennikarzami, mieli do mnie bezpośredni dostęp.

Popularność Panu nie przeszkadzała?
– Wielu kłaniało mi się na ulicy, prosiło o autografy i zdjęcia. Było to dla mnie piękne i dziwię się trochę takiemu Małyszowi, że chce mieć dużo prywatności. Uważam, że powinien się z tym pogodzić. Teraz zresztą również często składam z chęcią autografy młodym kibicom i jest to bardzo miłe.

Jaką widzi Pan przyszłość nowej, odbudowywanej Lechii?
– Jest to perspektywiczny zespół. A ponieważ szkoleniowcem jest Tadziu Małolepszy, natomiast caly czas pomaga mu Michał Globisz, więc wierzę w to, że ci chłopcy będą robić systematyczny postęp. Trzeba tylko wspomóc ten zespół kasowo, zapewnić piłkarzom odpowiednie warunki tu, w Lechii, aby nie odchodzili do innych klubów.

[Eljot] Czy w czasach, kiedy grał pan w lidze, były przypadki handlowania punktami?
– Były, nie będę się wypierał. Zwłaszcza w końcówkach sezonu działo się to nagminnie. Przyjeżdżały czarne wołgi, przeciwnicy z całymi siatami.

Czy nie żal panu trochę, że klub nie wykorzystuje pańskiego wizerunku w celach marketingowych i promocyjnych?
– Moja osoba, to były lata 50-te, w tej chwili wątpię, czy ktoś to jeszcze pamięta. Dla mnie teraz każdy wywiad to jest radocha, gdyż bardzo mnie cieszy, że jeszcze nie wszyscy o mnie zapomnieli. Chciałbym, żeby ktoś z regionu także się wybił i w jakimś stopniu dorównał moim osiągnięciom. Zagrał w reprezentacji jako piłkarz naszego klubu, najlepiej jeszcze żeby był stoperem, czyli grał na mojej pozycji, jak na przykład Wałdoch. Teraz są duże szanse na wypromowanie. Gdy ja swego czasu poszedłem do wojska, trafiłem do jednostki, gdzie przez trzy miesiące zasuwałem, dostawałem w gnaty. Później napisałem do OWKSA Lublin, miałem po jednym, dwóch treningach, rozgrywałem mecze ligowe i pucharowe. Potem do CWKS Legia i to była jedyna możliwość, żeby się wybić. W tej chwili młodzież ma większą szansę, jeżeli ktoś ma talent, to zostanie zauważony.

Czy jeżeli by pan dzisiaj zaczynał karierę, to również na pozycji stopera?
– Tak, gdyż bardzo mi ona pasowała. Gra na stoperze wymagała dyrygowania, a ja na boisku miałem coś przywódczego, potrafiłem rządzić i podpowiadać kolegom, jak mają się ustawić. Większość, czyli 6-7 chłopaków było po wyższych studiach, jak nie lekarz, to inżynier. A ja, jako piłkarz uzdolniony, kierowałem całą tą ferajną. Z ludźmi inteligentnymi łatwiej się dogaduję, łatwiej się nimi kieruje. Ponadto umiałem czytać grę i to, co powiedziałem, musiało być wykonane. W każdej drużynie musi być taki przywódca, jak Effenberg w Bayernie, gdzie każdy niby narzeka ale i tak go słucha.

Czy wąskie boisko na Traugutta pomagało wam, czy raczej przeszkadzało?
– Nam to pasowało ze względu na tą naszą „strefkę”, którą graliśmy. Ustawialiśmy blok na 20-tym metrze i nie dopuszczaliśmy do strzałów na bramkę Gronowskiego.

Jak Pan wspomina mecz Lechii z Juventusem?
– Siedziałem wtedy na trybunie, stadion był pełny, a ja byłem szczęśliwy, że moi następcy spisali się tak dobrze. Sądzę, że miało to bardzo duży urok i ściągnęło na Lechię jeszcze więcej kibiców, miłośników naszego klubu.

W czasach, gdy występował Pan na boisku, Lechia często rozgrywała mecze towarzyskie z zagranicznymi klubami…
– Tak, często graliśmy sparingi na przykład ze Szwedami, były wtedy takie możliwości. Na ogół mierzyliśmy się jednak z krajami socjalistycznymi, NRD, Bułgarią, Czechami. A gdy przyjeżdżały drużyny z zachodu, to było święto, szczególnie dla reszty zespołu, gdyż akurat ja miałem z nimi kontakt poprzez grę w reprezentacji. Zespół mógł sam zobaczyć, jaki poziom prezentują te drużyny i jak na ich tle wygląda polska piłka.

Czy lepiej się Panu grało w systemie wiosna-jesień, czy jesień-wiosna?
– Mi zawsze się dobrze grało, nie miało to większego znaczenia. Zawsze byłem dobrze przygotowany, spałem po 10-12 godzin na dobę, miałem odnowę biologiczną. Nic, tylko grać. Jednym słowem był ze mnie zawodowiec.

Co by pan zmienił w swojej karierze? Widać u Pana pewien niedosyt…
– Wynika to na pewno z tego powodu, że kilka moich marzeń nie doczekało się realizacji. Nie zagrałem wspólnie z moim synem. Nie rozegrałem także 50-ciu meczów w reprezentacji Polski, mimo że gra w kadrze była dla mnie najważniejsza. Co oczywiste, będąc lechistą.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.
– Ja również dziękuję i żałuję że tak krótko. Pozdrawiam także serdecznie kibiców naszej drużyny. Do zobaczenia przy Traugutta.

fot. Lechia.pl

Podobne artykuły
Top