Jesteś tu
Home > artykuły > Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Znikający lechiści

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Znikający lechiści

Romario Balde

Myślicie, że Romario Baldo jest pierwszym piłkarzem Lechii który przepadł jak kamień w wodę? Otóż nie! Takich przypadków przez lata było wiele i nie mamy wcale na myśli Emanuela Tetteha, którego nie było widać na pasach. Naszych milusińskich uciekinierów da się podzielić na kilka grup, zapraszamy do lektury.

DO RZESZY

PRL nie był wcale takim rajem na ziemi jakby się mogło wydawać. Jednak władze były innego zdania, paszport leżał na Milicji, jak ktoś chciał wyjechać, musiał użyć podstępu.
1. BRONISŁAW SZLAGOWSKI. W 1957 roku na Traugutta do liderującej tabeli Lechii przybyła Stal Sosnowiec (czyli późniejsze Zagłębie). Do przerwy goście jeszcze wytrzymywali napór biało-zielonych, ale potem worek z bramkami się rozwiązał. Po raz pierwszy trafił Bolesław Szlagowski w 49 minucie. Potem trafiał jeszcze dwa razy w pięciominutowych odstępach – w 54. i w 59. minucie.

Po nim hat-tricki dla Lechii w ekstraklasie notowali znacznie bardziej znani: Bogdan Adamczyk, Patryk Tuszyński, Piotr Wiśniewski czy Flavio, a potem Marco Paixao i to nieraz. Ale to Szlagowski był pierwszy! Mecz Lechii ze Stalą zakończył się pogromem 5:0! Później Szlagowski trafił jeszcze dwa razy – z Lechem Poznań (1:0) i z Odrą Opole (2:0).

Ostatni raz zagrał w Lechii 26 sierpnia 1957 roku po czym zniknął niczym Romario! Odnalazł się w RFN (czy NRF jak wtedy pisano) w barwach Rot Weiß Oberhausen jako Horst Schlagowski, a jego rola w zawieszeniu Romana Korynta jest niezbyt chwalebna i dwuznaczna. Ogółem Pan Bronisław/Horst w 11 meczach w ekstraklasie zdobył 6 goli, co daje 0,55 bramki na mecz i czyni go najbardziej efektywnym graczem Lechii na najwyższym szczeblu rozgrywek.

2/3. ZBIGNIEW KRUSZYŃSKI I JAROSŁAW STUDZIZBA. Większą karierę zrobił ten pierwszy, który latem 1978 roku został w RFN. Potem zagrał m.in. w londyńskim Wimbledonie w „Szalonym Gangu” z samym Vinnym Jonesem. Z jakiegoś powodu Anglicy wołali na niego „Detzi”.

Zbigniew Kruszyński
Zbigniew Kruszyński

Studzizba z kolei wybył z kraju do RFN korzystając z karnawału „Solidarności” w 1981 roku. W powietrzu czuć było wolność, ale komuchy nie odpuszczały. Ówczesnego Dyrektora klubu, Zbigniewa Golemskiego przesłuchiwano na Okopowej, musiał tłumaczyć się z tego transferu.

– Była już jakaś 17 godzina, deszcz padał, ciemno już, zamknęli mnie w pokoju, napisałem, jak było. Niemcy z Brunszwiku chcieli dać 100 tysięcy marek, to były dla nas ogromne pieniądze, poza tym autobus, sprzęt i obóz u nich. Poszedł donos, że już 40 tysięcy marek zaliczki przytuliliśmy. W PZPN sekretarzem był Kaliński i on mówi – słuchaj, nie mogę tego transferu klepnąć, bo powiedzą, że ja też wziąłem działkę.

Studzizba miał rok karencji i ostatecznie nic za niego nie dostaliśmy, stan wojenny potem był, nikt nie chciał ryzykować i do więzienia pójść.
Co ciekawe Studzizba grał w niezbyt przyjemnych dla oka kolorach.

Jaroslaw Studzizba

4. Tak samo jak JACEK FRĄCKIEWICZ, który po ucieczce do Niemiec również odnalazł się w Brunszwiku, na szczęście poszedł po rozum do głowy i przeniósł się do derbowego rywala z Wolfsburga, który gra na zielono. Jacek był bardzo utalentowany, debiutował w ekstraklasowej Lechii w wieku zaledwie 18 lat. Gdańszczanie strzelali wtedy bramki raz na ruski rok, ale akurat Frąckiewicz (który mocno obniżył średnią wieku drużyny, w której brylowali wówczas wiekowi Puszkarz i Kupcewicz) dwa razy znalazł drogę do siatki, jednak ekstraklasy uratować się nie dało. W II lidze frekwencja spadała z meczu na mecz, na spotkanie z liderującym Zagłębiem Sosnowiec (wygrana 1:0) przyszło tysiąc osób choć to raczej mocno pobożne życzenia organizatorów. Bramkę w tym i w dwóch innych spotkaniach zdobył Frąckiewicz, który jednak nie doczekał końca rundy jesiennej wyjeżdżając do Niemiec w wieku 19 lat. Jego ostatnim spotkaniem była wygrana 1:0 u siebie z Igloopolem Dębica w 11. kolejce.

Jacek Frąckiewicz
Jacek Frąckiewicz

5. Już za wolnej Polski podobny kierunek obrał MAREK WASICKI. „Wasik” zniknął w przeddzień ostatniego meczu rundy jesiennej w lidze okręgowej w roku 2002, mimo że miał na koncie już 14 bramek ligowych. Odnalazł się w drużynie juniorskiej występującego wtedy w Bundeslidze Energie Cottbus. Po niecałym roku jak niepyszny wrócił do Gdańska, jeszcze trochę postrzelał, ostatni raz w meczu z Kaszubią w III lidze, w którym do naszej siatki trafił grający wtedy u rywali Piotr Wiśniewski. Charakteryzujący się wielką głową Wasicki kończył w zasadzie wtedy poważną karierę, a jedynie dwa lata starszy „Wiśnia” do niej startował. Minęli się wtedy na boisku przy Traugutta. Potem Marek był m.in. kierownikiem drużyny rezerw oraz udzielał się wśród gdańskich oldboyów.

ZA KOMUNY

6/7. Mówiło się, że PRL był najweselszym barakiem w RWPG/Układzie Warszawskim. Wesoło bywało również na polu transferów piłkarskich. Niewiele zabrakło, by w Lechii zagrali reprezentanci Polski, JAROSŁAW BAKO I PIOTR RZEPKA. I znów głos oddajemy Panu Golemskiemu.
–  Jarek Bako. Już praktycznie był naszym bramkarzem. Wracał z jakichś juniorskich MŚ z Japonii chyba, lądują na Okęciu i Tomaszewski Bakę za chabety i do Łodzi, do ŁKS. I potem kłótnia – trzeba było jechać do Warszawy na lotnisko, a nie siedzieć w klubie!
Z kolei Rzepkę, Bałtyk go na dworcu w Gdyni wyciągnął! Pociąg miał być o 16:12, co jest, że jeszcze nie przyjechał? Miał taksówkę wziąć, a my w klubie siedzieliśmy. Myśmy byli cały czas z ojcem jego na telefonie. My się pytamy co jest? Ojciec na to – co ma być? Pojechał! Dzwonimy na dworzec, że pociąg już dawno odjechał…

W NOCY

8/9. GRZEGORZ SZAMOTULSKI I MARCIN MIECIĘL. Dwóch wychowanków Lechii sprzedano nocą do Pogoni Konstancin (wówczas filia Legii Warszawa) w 1993 roku, zanim zdążyli zaistnień w seniorskim zespole trenera Mariana Geszke. Zresztą zrobiono to za plecami trenera, który zrobił o to awanturę i powiadomił ówczesnego prezydenta Miasta Gdańska, Franciszka Jamroża. Tak o tym transferze pisała po latach strona Lechia.gda.pl.
Nie ma co ukrywać, to był to transfer sterowany przez trenera (chodzi o Jerzego Brzyskiego). Doskonale znał się z trenerem Mirosławem Jabłońskim, który prowadził reprezentację Polski juniorów, a potem został trenerem Legii. Sporo chłopaków z Lechii grało w tej kadrze. Transferu dokonano w niedzielę, przyjechał wtedy Krzysztof Dmoszyński z Pogoni Konstancin. Wiadomo jednak, że chodziło o Legię. Przyjechał z gotówką i zakupił dwóch zawodników. Towarzyszył temu skandaliczny regulamin, zabezpieczający udział finansowy trenerów przy transferze.

10. DARKO BODUL. Miał być gwiazdą Lechii na nowym stadionie, a ostatecznie podbił austriackie boiska. Był bliski podpisania kontaktu w Gdańsku, ale sprawa się przedłużyła do 2 tygodni. W końcu został skierowany na dodatkowe badania. Podejrzewano problemy z sercem. Tego już Chorwat z paszportem austriackim nie wytrzymał. W międzyczasie brat załatwił mu umowę w Sturmie Graz. Kamery przemysłowe zanotowały jego wyjście z jednego z hoteli w Gdańsku o 5-tej nad ranem.

OSOBNA KATEGORIA

11. Rocznik 1975, w którym grali „Szamo” i „Miętowy” był bardzo dobry, ale nie było chyba w historii Lechii lepszego rocznika od 1978. O jednym z jego członków powstała nawet książka. Tak GRZEGORZ KRÓL opowiadał na stronach „Przegranego” o przerwie w testach w PSV Eindhoven, o których „zapomniał” powiedzieć w klubie:

(…) wróciłem na jeden dzień do Gdańska, żeby załatwić kilka spraw. Uporałem się z nimi na tyle szybko, że do odlotu zostało mi jeszcze kilka godzin. Postanowiłem zajrzeć na chwilę do klubu, zobaczyć co tam słychać. To była bodajże sobota. Nie wiedziałem, że Lechia gra tego dnia mecz ligowy.
Przyszedłem na Traugutta, wchodzę na korytarz, a tam trener Stachura, który w
międzyczasie zastąpił Huberta Kostkę.
– Co ty tu robisz?! – pyta zaskoczony.
– No jak to co? Przyszedłem pogadać z chłopakami i w ogóle.
– A my dzisiaj mecz gramy!
– No to co?
– No to dawaj, przebieraj się! Zagrasz!
– Nie trenerze, nie ma takiej możliwości, nie będę grał żadnego meczu.
Pół godziny później naciągałem getry i szykowałem się do wyjścia na boisko. Zagrałem w
pierwszym składzie przeciwko Miedzi Legnica. Wygraliśmy 3:2. Prosto ze stadionu
pojechałem na lotnisko.

12. MAREK ZIÓŁKOWSKI tak nam opowiadał o swym wyjeździe do Płocka w przed derbowym wywiadzie:
Dwa lata pograłeś w Lechii, przed sezonem 1991/92, byłeś przewidziany w szerokiej kadrze do gry, ale w tych rozgrywkach nie zagrałeś już ani jednego meczu.
– Obraziłem się na wszystkich, coraz rzadziej grałem w pierwszym składzie, spakowałem się, pojechałem do Płocka.
Stamtąd pochodzisz.
– Tak, zameldowałem się w Wiśle Płock i powiedziałem, że teraz u nich chcę grać w piłkę. Tam byli m.in. Jóźwiak, Soczewka, Cecherz, Wiewiór, Pawelec, Miąszkiewicz, dobra paka, właśnie awansowali do II ligi, ale do drugiej grupy, nawet się ucieszyłem, nie chciałem mieć już z Lechią nic wspólnego. Coś mi się w głowie odwinęło.
W Płocku był trener Witold Małowiejski zadzwonił do trenera Kaczmarka, że jest tu jakiś chłopak z Lechii i chce grać. Trener „Bobo” od razu, że natychmiast mam wracać, czyli oczywiście jak to ja na przekór nie wróciłem, trzy miesiące w Płocku trenowałem. Myślałem, że mnie Lechia puści, a tu przecież za kartę trzeba zapłacić. Jak wróciłem do Gdańska od razu kara, musiałem trenować w II drużynie, Maciek Kalkowski wtedy m.in. tam był.
Spotkałem się z trenerem, że mam jeszcze miesiąc ochłonąć i za miesiąc wracam do I drużyny. Wtedy zaczęli do mnie dzwonić ludzie, m.in. z Gdyni czy bym nie przyszedł.

Całość tutaj

13. ZBIGNIEW KOBUS tak jak wymieniony wyżej Jacek Frąckiewicz urodził się w Sztumie, ale swoją piłkarską karierę związał z Kwidzynem i tamtejszym Rodłem. Niezły snajper, ale chyba głowa nie dojechała, za dużo mówił, a jak milczał to też niepotrzebnie. Uchodzący w IV lidze za największą gwiazdę Biało-Zielonych Kobus nie stawił się na mecz w Chojnicach z Chojniczanką. Lechiści ten mecz przegrali, a trener Jerzy Jastrzębowski wykluczył piłkarz z kadry swojego zespołu.

Podobne artykuły
Top