Jesteś tu
Home > artykuły > Tomasz Unton: Duży fiat na pokładzie samolotu

Tomasz Unton: Duży fiat na pokładzie samolotu

Ponad 200 oficjalnych meczów w biało-zielonych barwach i prawie 40 bramek. Jednak gołe liczby nie oddają w pełni roli jaką w Lechii na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia pełnił Tomasz Unton. Był kapitanem, najlepszym zawodnikiem, nadzieją na lepsze jutro, wreszcie skarbem, który trzeba sprzedać by przeżyć. Zapraszamy na obszerną rozmowę z Tomaszem, który obecnie trenuje zespół Lechii w Centralnej Lidze Juniorów. 

Pochodzisz ze sportowej rodziny.
– Tata grał w piłkę nożną, a mama w ręczną w Pogoni Szczecin. Tam się urodziłem, tata wówczas grał w Arkonii. Ojciec grał w I i II lidze, za młodu był powoływany do reprezentacji juniorskich, grał m.in. z Kazimierzem Deyną. Z boiska go nie pamiętam, jedynie z treningów na które mnie zabierał. Moją zabawką była piłka, z racji tego co działo się w domu. Inne rzeczy mnie nie interesowały, jak dostałem pod choinkę coś innego niż gadżety sportowe to wigilia była nieudana. Wszyscy koledzy ojca z tamtych czasów z boiska to dla mnie wujkowie.

Jesteś wychowankiem Arki.
– To był przypadek. Ojciec Roberta Tandeckiego, grał z moim ojcem, zapytał czy nie chcę przyjść. Mieliśmy blisko, mieszkaliśmy na Płycie Redłowskiej, więc poszedłem. Jako 16-latek, przed sezonem 1987/88 trafiłem do Lechii.

Przypłaciłeś to karencją.
– Arka chciała 8 milionów złotych, a Lechia chciała płacić tylko 3. Wtedy były widełki: I liga – 15 mln, II – 8, III – 3 mln. Lechia wychodziła z założenia, że Arka jest w III lidze, a Arka uważała, że jest w II. Lechia wystąpiła o skrócenie karencji i po pół roku karę zawieszono. Przez 6 miesięcy grałem jedynie w reprezentacji juniorów, nie mogłem w jakichkolwiek klubowych rozgrywkach młodzieżowych. Ale trenowałem i byłem przy I zespole.

Skąd w ogóle się wzięła Lechia?
– Arka spadła do III ligi, a tu była ekstraklasa. Bobo Kaczmarek był wtedy asystentem Zbigniewa Kociołka. Wpadłem w oko i mnie ściągnęli.
Od razu trafiłem do drużyny seniorów, pojechałem na obóz letni do Zgierza. Wciąż chodziłem w Gdyni do I LO, rano wychodziłem do szkoły, potem kolejką jechałem na trening, wieczorem wracałem, był to ciężki okres, ale udało mi się pogodzić naukę z piłką. Skończyłem AWF i dzięki temu mogę być trenerem.

Miałeś w Gdyni jakieś problemy, że przechodzisz do Lechii?
– Były, oczywiście. Śmieszne to było. Dziś telefon komórkowy ma każdy, a kiedyś stacjonarnego nawet nie było. Wtedy działacze Arki chcieli założyć nam telefon. Ale ojciec powiedział, że jeśli taka jest decyzja Tomka to nic nie będziemy odkręcać. Wiadomo, że gdzieś jakieś antypatie mnie spotykały. Nawet niedawno miałem taką sytuację, że siedziałem w pubie nad morzem, podpici klienci rozpoznali mnie i ruszyli. Akcja była dziwna jak na standardy XXI wieku.

Wtedy niektórzy się na mnie poobrażali, ale ci normalni pewnie zdali sobie sprawę, że takie jest życie.

Przychodzisz do Lechii jako 16 latek, w szatni Puszkarz, Kupcewicz…
– Gwiazdy. Mirek Pękala, Bolo Oblewski, Rysiek Przygodzki. Teraz wejście do szatni jest zdecydowanie łatwiejsze.
Wchodziłem to mówiłem dzień dobry. Miałem wyczucie sytuacji, nie szukałem na siłę kolegów, nie spoufalałem się. Broniłem się umiejętnościami. Starsi widzieli, że przyszedł ktoś, kto na siłę tutaj nie jest i w dziadku sobie radzę. Pamiętam, że na obozie wówczas siedziałem przy jednym stoliku z Januszem Kupcewiczem, Maćkiem Kamińskim, Jasiem Stawarzem i byłem tym, który ten stolik obsługiwał. Zdawałem sobie sprawę, że jest różnica wieku, a Zdzisław Puszkarz mógłby być moim ojcem. Różnica 20 lat. Czułem się zaakceptowany, nie musiałem się rozbierać na gaśnicy. (śmiech)

Pamiętasz debiut w ekstraklasie?
– Dostałem kwadrans na rozpoczęcie wiosny z Lechem Poznań, wszedłem za Puszkarza, który w tym meczu strzelił bramkę, dał taką świecę, a bramkarz Lecha łapał, łapał tę piłkę, aż wpadła do siatki.

Tamtej wiosny zagrałeś 8 razy na 15 spotkań, nieźle jak niepełnoletniego.
– Nie byłem pierwszym wyborem trenera, ale na zmiany wchodziłem. Uważałem wtedy, że to jest sukces jak na taki wiek.
Miałem jeden niefortunny występ ze Stalą Stalową Wolą. Zamiast wybić piłkę, chciałem cwanie zagrać do Stawarza. Janusz został w bramce, piłka zatoczyła się na 5 metrze, Sajdak wybiegł, przeczytał to zagranie, uderzył i 1:0 dla gości. Nigdy w życiu tak się nie czułem, najlepiej wkręciłbym się w ziemię, żeby mnie nie było. Byłem ugotowany. W 32 minucie dostałem „wędkę”. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. Później człowiek uodparnia się na takie rzeczy i na stres.

W feralnych barażach z Olimpią Poznań nie powąchałeś murawy.
– Siedziałem na ławce. Różne rzeczy się słyszało później o tych meczach. Nie mi to oceniać, nikt nikogo nie złapał za rękę. Może gdyby to były czasy późniejsze, to by wyszło?

Jak wówczas wyglądał klub organizacyjnie? Minęła już euforia związana z Pucharem Polski i awansem. Lechia nie była nigdy postrzegana jako krezus finansowy.
– Były różne zawirowania, jednak ja tego aż tak nie odczuwałem. Nie miałem żadnych zobowiązań, mieszkałem z rodzicami. Za te pieniądze mogłem pomóc bratu, kupić jakiś prezent rodzicom. Czy dostałem kasę z opóźnieniem nawet miesięcznym, to nie miało znaczenia. W innej sytuacji byli ci co utrzymywali rodziny. Pamiętam różne rozmowy w szatni, ja byłem z boku.

Z kim z tej ekstraklasowej drużyny byłeś najbliżej?
– Był Jacek Frąckiewicz, który był tylko rok starszy ode mnie, był Piotrek Prabucki.

Frąckiewicz wyjechał do Niemiec, ty nie miałeś takich propozycji?
– Pojechaliśmy na turniej do Szwajcarii, gdy miałem 16 lat, w trzech mieliśmy zostać. Nie będę mówił kto, ale grali później w ekstraklasie. Komuna, 1986 rok, u nas nic nie było. A tam, w Lugano świat i życie kolorowe. Dużo Polonii się kręciło, jakieś kieszonkowe dla nas zbierali. Zastanawialiśmy się, jednak zdecydowaliśmy się wrócić. Siedziałem potem w szkole, patrzę przez okno i myślę sobie „co ja tu robię, jak mogłem być tam”. Jednak z perspektywy czasu nie żałuję decyzji powrotu.

Po spadku cały czas mieliście mocny skład: Pękala, Nowicki, Kamiński.
– Niby tak, bo zostali zawodnicy, którzy grali w I lidze. Jednak każdy był myślami jakby w innym świecie, każdy z nich myślał o swej przyszłości. Nie było klimatu by Lechia wróciła do ekstraklasy.

Bez odpowiedniego zaplecza finansowego nie było o czym marzyć. Gdy skończyła się komuna było coraz gorzej. Skończyły się państwowe finansowanie sportu, zaczęła się prywatyzacja, każdy liczył grosz. Doszło do tego, że czekaliśmy na pieniądze, by zatankować paliwo na mecz wyjazdowy.

Gdy trenerem został Bogusław Kaczmarek z jednego z najmłodszych zawodników stałeś się jednym z bardziej doświadczonych.
– Pamiętam, że redaktor Gebert z Radia Gdańsk przestał wymieniać mnie w gronie młodych zawodników tylko już byłem ten doświadczony. W pomocy mając 21 lat byłem najstarszy: obok Rafał Kaczmarczyk, Sławek Wojciechowski, Mirek Giruć czy Młody Bobo. Z dzisiejszej perspektywy mieliśmy szczęście, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji, bo wcześnie zaczęliśmy grać w lidze. Gdybyśmy byli w bogatszym klubie to nie wiadomo co by było. Jak to u młodzieży, skoki formy były diametralne.
Przez biedę nie można było nikogo ściągnąć, później ten zespół dojrzał i za Adama Musiała byliśmy w czubie i walczyliśmy o ligę. Zabrakło może lepszej organizacji, ale tak zawsze było w Lechii, że czegoś brakowało.

Aż tak źle wam się nie powodziło, bo na mecz z Miedzią do Legnicy polecieliście samolotem.
– W ginącym Układzie Warszawskim, pierwszy raz polski samolot wylądował na lotnisku w Legnicy, było to lotnisko wojsk radzieckich. Prezesem Lechii był pułkownik Oficjalski i to on wydał rozkaz, by samolot desantowy poleciał z Pruszcza do Legnicy. Takim samym samolotem leciałem na mecz do Wrocławia w I lidze. Dla wszystkich nas to było spore przeżycie. Raz na pokładzie samolotu mieliśmy przypiętego pasami dużego fiata. Można? Można.

Trener Kaczmarek dbał o was jak ojciec najlepszy.
– Kiedyś nie było tylu możliwości jak dzisiaj, żeby zadbać o zawodnika. Trener jednak nie dawał za wygraną, szukał, załatwiał, on taki już był i wciąż jest. Gdzieś dostawaliśmy z darów witaminy, trener dbał byśmy w poniedziałek mieli odnowę. Chodziliśmy do Mariny, mieliśmy basen, saunę, masażystów.
Sprzęt mieliśmy przedziwny, każdy wychodził w swoim na trening, istny „Klub Kukuła”. Nawet jak graliśmy mecze, to mieliśmy jeden komplet sprzętu, niby fajnie, ale getry z innej parafii. Buty każdy musiał sam sobie załatwić gdzieś. Dziś można pouzupełniać suplementy, minerały, są badania krwi, każdy wie czy zawodnik jest zmęczony czy nie. Kiedyś odbywało się to na nosa.

Kadencja trenera Kaczmarka w 1992 roku kończy się mało chlubnie meczem z Pogonią, dookoła którego narosło wiele podejrzeń.
– Siedziałem na trybunach. Miałem kontuzję. Dwóch zawodników po tym meczu zostało odsuniętych. Minęło już 25 lat. Nie chcę rozdrapywać tego, choć uważam, że takie rzeczy nie powinny mieć miejsca.

Było dla was zaskoczeniem, gdy trener Kaczmarek zrezygnował i wskazał Adama Musiała jako swojego następcę?
– Był wybitnym piłkarzem. Nie mówię złego zdania o nim jako o człowieku. Szanuję go. Ale my wszyscy byliśmy w szoku jakie były treningi, o co tutaj chodzi. Tu wszystko było z kapelusza, w porównaniu z tym jak trener „Bobo” miał swoje schematy.
U Musiała szliśmy na przykład biegać po schodach i każdy miał różne buty: wkręty metalowe, lanki. A wiadomo, że na takie zajęcia zakłada się buty do joggingu.

Gdy pojawiła się FC Lechia odczuliście to finansowo i organizacyjnie?
– Mieliśmy pensje w czołówce II ligi. Odbieraliśmy je co 15 dni, pensje i premie. Był taki Chase Bank w Gdańsku, tylko piłkarze tam przychodzili. Nikogo innego tam nie widziałem. Po jesieni było trzecie miejsce i szansa na awans. Ale wówczas podczas wigilii klubowej Adam Musiał wstał, powiedział „skończyły się pieniądze” i to był jasny dla nas sygnał.

Mieliście wesoło z trenerem Musiałem.
– To był facet, który mimo średnich metod trenerskich, czuł piłkarza, nigdy go nie skrzywdził. Byłem wtedy kapitanem drużyny, często rozmawialiśmy i mogę powiedzieć, że to był facet, który miał jaja.

Kiedyś rano wchodzę na trening, on woła mnie do siebie, jak fotograf? Nie wiedziałem o co chodzi.
A było tak: poprzedniej nocy prawie całym zespołem byliśmy w Balladynie, następnego dnia w „Wieczorze Wybrzeża” na pierwszej stronie była czarna plama z podpisem: „tu miało być zdjęcie jak się bawią piłkarze Lechii”.

Była impreza, alkohol na stole i ktoś zrobił zdjęcie. Złapaliśmy tego fotografa, wyciągnęliśmy mu film, więc wszystkie zdjęcia miał prześwietlone, by nie było śladu.
O 1 w nocy trener Musiał miał telefon czy wie, gdzie się bawi jego zespół.

Gdy wyjaśnił, że o wszystkim wie, mówię mu: wszystko załatwione, fotograf żyje. Przyszedł do szatni i się pyta zespołu: gdzie byliście? Ci którzy byli w domu grzecznie spali mieli trening, a ci którzy niesportowo spędzali wieczór musieli dojść do siebie w saunie. To było pozytywne, czuł piłkarzy.

Miał też swoje humory.
– Kiedyś przegrywaliśmy na Miedzi 3 czy 4:0 do przerwy, wyszedł ze stadionu i pojechał do domu, bo okazało się, że ma pociąg i musi jechać. Zespół został.

Tydzień wcześniej graliście legendarny wręcz mecz ze Stilonem Gorzów. Remis 4:4.
– Traciliśmy bramki co wynikało z ustawienia w jakim graliśmy. Graliśmy trójką z tyłu, piątką w środku i dwóch w ataku. I co traciliśmy piłkę, to przeciwnik jechał jeden na jeden.
Ja grałem z Wojciechem po lewej stronie, on bliżej środka, jak w pewnym momencie znalazłem się za osią boiska po prawej stronie to dostałem opieprz od trenera. Miałem tej linii nie przekraczać, nikt mi nie powiedział wcześniej.

Ze Stilonem było trochę szczęścia i złości, która była w nas. Że u siebie przegrywamy 0:4 do przerwy. Mi było wstyd. Widziałem, jak kibice wychodzili ze stadionu. Dobrze, że niektórzy się zatrzymali się przy kiełbaskach. Jeszcze nie wyszli, jak Karol Sobczak strzelił pierwszą bramkę. Gdyby przedłużono ten mecz to jeszcze byśmy wygrali.

Niedawno członkowie srebrnej drużyny olimpijskiej świętowali ćwierćwiecze od medalu w Barcelonie. Ty byłeś na wcześniejszym etapie w tej drużynie.
– Wyleciałem rok przed Olimpiadą, po zgrupowaniu w Malezji. Trener Janusz Wójcik zrobił mi awanturę w samolocie, że podpisałem kontrakt latem z Lechią. Jak mogłem podpisać kontrakt bez jego zgody? Nie wiedziałem o co chodzi. Ale później się zorientowałem, że nad każdym kontraktem, on trzymał pieczę, podobnie jak nad transferem. Może byłem też za słaby piłkarsko?

Mecz z Bałtykiem w marcu 1992 to jedyna twoja czerwona kartka?
– Jeszcze kiedyś w Niemczech, kopnąłem wtedy Niemca w tyłek.
Z Bałtykiem mogliśmy do przerwy prowadzić 3:0, przegraliśmy ostatecznie 1:5. Pamiętam fajną atmosferę, a po roku czy dwóch dowiedziałem się, że tak musiało być. Trener Bałtyku, Krzysztof Szkoda mówił, że kogoś trzeba było wyrzucić z boiska, by ułożyć mecz. ja pasowałem najlepiej, bo robiłem wślizg i nie trafiłem gościa. Ten mecz był drukowany na żywca. Prawdopodobnie zatankowali bak paliwa sędziemu do pełna, dostał trzy kotlety, takie czasy to były.

Bramkę jaką zdobyłem w tym meczu, uważam za jedną z ładniejszych. Z prawej nogi. Bałtyk zawsze mile wspominam, bo trafiałem z nimi.

A derby z Arką 3:0?
– Derby mają zawsze smaczek. Na derby nie trzeba nikogo mobilizować. Adam Musiał nie musiał nomen omen nic mówić, bo co by nie powiedział i tak zrobilibyśmy po swojemu. (śmiech)
Świeciło słońce, cały stadion wypełniony kibicami. Fajna atmosfera, fajny mecz i pewna wygrana.

Po FC Lechii było ciężko z pieniędzmi na Traugutta, chyba wyczekiwaliście, jak działacze sprzedadzą kolejnego piłkarza.
– Gdy graliśmy o utrzymanie w II lidze za Mariana Geszke z Lechią Dzierżoniów, to trzy miesiące byliśmy bez pieniędzy. Bez żadnych. A jak się utrzymamy, mieli mnie sprzedać.

Miałeś iść do Warty Poznań.
– Nie poszedłem, bo ktoś mnie sprzedał bez mojej zgody. Chciałem iść do Legii. Byłem tam już kilka miesięcy wcześniej, ale trenerem był wówczas Wójcik, który powiedział, po co nam kolejny pomocnik. Byłem dwa dni, spakowałem się i wróciłem.

W końcu do Legii trafiłeś.
– Trzeba było mnie sprzedać, by żyć dalej. Legia zapłaciła chyba z 900 milionów.
W sumie to przeszedłem do Pogoni Konstancin, tam były ulokowane wszystkie transfery legijne pana Romanowskiego. To było stowarzyszenie, które nie posiadało drużyny piłkarskiej, do Legii byłem wypożyczony.

To była najmocniejsza Legia w historii tego klubu. Do dzisiaj nie było takie składu, gdzie grało tylko reprezentantów Polski.
Przygoda w stolicy zaczęła się tak, że w lutym byłem w pierwszym składzie. Jak przyjechał na sparing trener „Bobo” ze Stomilem Olsztyn, to był w szoku. Mówi: Tomek od ciebie się tu pomoc zaczyna. Byłem w dużym gazie zimą, nagle coś mi się przypałętało w kolanie, jakieś zapalenie.

Byłem pierwszym wchodzącym zawodnikiem, grałem ja albo Mięciel. On grał u siebie, ja na wyjazdach. Pojechałem jeszcze do Goeteborga na Ligę Mistrzów i z Mosórem siedziałem na trybunach. W końcu nie wytrzymałem ciśnienia i chciałem wrócić do Gdańska, była Lechia-Olimpia, pełno ludzi, liga i to mnie podkusiło. Paweł Janas przekonywał mnie: Tomek, poczekaj chwilę, po co się spieszysz, poczekaj, będziesz grał. Gdybym poczekał to bym grał w Lidze Mistrzów. Bo później grali nawet ci co byli za mną jak Jacek Kacprzak.

Co zastałeś tu w Gdańsku?
– Wielki optymizm. Ale potem na dalsze funkcjonowanie nie było pomysłu. Pieniądze płacone z kapelusza albo z rękawa wyciągane. Szło to wszystko na jakimś „kicie”. W normalnych czasach byśmy nie spadli. Zabrakło nam tych punktów, gdzie drużyny do nas nie przyjechały.

Organizacyjnie średnio to wyglądało.
– Zdarzało się, że pieniądze dostawaliśmy w reklamówkach, od razu po meczu, z biletów. Przychodził gość i wypłacał.
Trenowaliśmy m.in. na Zaspie, gdzie przechodziły rury ciepłownicze, tam był taki pas zieleni, tam robiliśmy szybkość. Nie było, gdzie trenować. Nie było sztucznych boisk.

Z Widzewem przegraliście aż 1:7 u siebie.
– Na trybunach byłem, nie grałem, gdybym był może byłoby 10? Widzew był wtedy mocny.

Emmanuel Tetteh był najskuteczniejszym zawodnikiem tamtej drużyny?
– To był dziwny zawodnik, nie miał uderzenia, palce u stóp miał szersze niż buty, te piłki jakoś dziwnie uderzane, ale wpadały. Nie musiał być bombardierem, bo był niesamowicie dynamiczny i szybki. Kiedyś z nim trenowałem w parze 1 na 1 to do dziś głowa mnie boli jak robił zwód i musiałem się obrócić. Miał swoje 5 minut i to go wypromowało.

Po spadku niektórzy piłkarze płakali.
– Wszyscy płakali. Tutaj każdy chce grać w piłkę, bo tak jak pięknie jest w Trójmieście to nie ma nigdzie w Polsce. Niektórzy sobie z tym nie radzą. Z życiem rozrywkowym Trójmiasta.
Teraz są inne czasy i piłkarz powinien żyć jak mnich. Bo dziś media są wszechobecne, fejsbuki i inne. Kiedyś czegoś takiego nie było. Piłkarze mieli swoje knajpy, mieli w nich loże. Funkcjonowali na innych zasadach. Jak cię jeszcze zakwaterowali koło Sopotu, i jutro mają mecz a Sopot tak pięknie oświetlony wieczorem, że żal chociaż na chwilkę się nie zerwać.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Podobne artykuły
Top