Jesteś tu
Home > artykuły > 40-lecie zgody Lechii ze Śląskiem

40-lecie zgody Lechii ze Śląskiem

Zaczęło się nietypowo, bo na dworcu PKP…w Gdyni.

O początkach zgody opowiedział nam Zbyszek Zalewski – kustosz Muzeum Lechii Gdańsk.
– Zgoda ze Śląskiem powstała w 1977 roku. Śląsk grał w sobotę w Gdyni z Arką, wiadomo chłopcy z południa przyjechali nad morze, na plażę. My w niedzielę jechaliśmy do Koszalina na mecz z Gwardią, nie mieliśmy już szans na awans, pociąg ruszał z Gdyni, zebraliśmy się w siedmiu. Arkowcy namówili tych ze Śląska, żeby nas zlać. Ale my się nie baliśmy postawiliśmy się i tym chłopakom ze Śląska to się spodobało, pogonili śledziuchów z nami i czterech z nich pojechało z nami do Koszalina. Wróciliśmy z nami z Koszalina, wysiedliśmy w Sopocie, zaraz na plażę, oni chcieli skakać do morza, ja im tłumaczę, że tam są pale. Oni nie słuchali, tak im się podobało. Za tydzień na meczu z Zawiszą było ich już chyba czterdziestu. I tak się zaczęło, ja w tamte wakacje dwa tygodnie podejmowałem gości, potem dwa tygodnie siedziałem we Wrocławiu.

To było w latach 70. XX stulecia, czas zaprezentować kilka kibicowskich migawek z kolejnych dekad. Charakterystyczne, że najciekawsze rzeczy działy się nie podczas meczów zgodowych, a podczas gdy WKS i BKS wspierały się nawzajem na wyjazdach.

LATA 80

W sezonie 1987/88 Lechia grała z Górnikiem w Wałbrzychu. To piękne miasto znajduje si ę godzinę pociągiem od Wrocławia, dlatego lechiści mieli wrocławskie wsparcie. Wśród nich Roman Zieliński, autor książki „Pamiętnik Kibica”.

Oto fragment:

W czasie meczu połączone siły wrocławsko-gdańskie z jednej strony szukały zaczepki, z drugiej były atakowane przez miejscowych. Drobna wymiana argumentów w postaci kamieni. Milicjanci niezbyt zdecydowani i nieliczni nie bardzo wiedzieli jak się zachować. 0:0 podobnie jak dzień wcześniej w Stalowej Woli. Górnik nie strzelił karnego. Po końcowym gwizdku czekamy, aż miejscowi rozejdą się nieco i wtedy ruszamy do wyjścia.

– Nie będziecie rozrabiać? – milicjantom spieszyło się. Nie mieli najmniejszej ochoty nas eskortować.

– My będziemy, my jesteśmy grzeczni – kłamiemy na bezczelnego. Oni i tak wiedzą, że to łgarstwo.

– Chyba, że nas zaatak… – w tym momencie „Żywiec” dostaje w łeb i przestaje mówić.

– To jak, będzie spokój? – milicjanci z nyski chcą jeszcze raz usłyszeć nasze zapewnienie.

– Oczywiście, jasne, będziemy grzeczni jak noworodki. – Zewsząd sypie się lawina głosów. Odjechali. Nie zniknęli za zakrętem, gdy te same głosy krzyczą:

– Gdzie Górnik? Dokąd poleźli?

– Na działki.

– To dawaj za nimi, szkoda czasu! – 60-ciu wariatów w gromadzie wbiega w ogródki działkowe, w poszukiwaniu miejscowych kibiców.

„Wolf’ z „T” odbili od reszty, szukając dymu na własną rękę. Horda znalazła zbrojownię, to znaczy płot, z którego migiem poznikały wszystkie sztachety. Chwilę później miejscowi znaleźli się w zasięgu naszego wzroku.

– Dawaj na nich, hurra! – Najmłodsi są zawsze najbardziej podatni na emocję. Zawsze pierwsi do ataku, ale i pierwsi w ucieczce. Wałbrzyszanie w pierwszej chwili drą zelówki z terenu działek, ale gdy wybiegli na ulicę stanęli. To na młodzież podziałało psychologicznie. Stanęli także. Miejscowi chwycili za kamienie, i zaczęli nas obrzucać. Mimo, iż początkowo byłem w środku peletonu, to po chwili okazało się, że jestem na jego przedzie. Wykorzystują to górnicy. Wpadają z powrotem na działki. To co się działo wokół mnie przechodzi ludzkie pojęcie. Wiara spanikowała.

– Stać, gdzie! – Próbuję zatrzymać histeryków, ale mi się to nie udaje. Biegnę na końcu stawki. Oczami wyobraźni mam już ogarnięty cały scenariusz wydarzeń, które za chwilę będą miały miejsce. Na wąskiej dróżce za chwilę dorwą mnie tubylcy i wezmą na kopy. Jeśli kilku pierwszych zostawi i pobiegnie dalej, to koniec. Szpital, albo gorzej. Jeśli ci pierwsi zatrzymają się przy mnie, to reszta nie będzie gonić chłopaków. Wtedy nasi może zawrócą, i mnie odbiją. Zawrócą?… Patrzę na to, co się wyrabia przede mną – wątpię. Małolaci autentycznie wpadli w panikę. Z boku między płotami trawnik. Patrzę i oczom nie wierzę. Widzę, jak stoi tam „Hawana” i wywija pasem.

– Co jest, gdzie uciekacie, Stać! Stać! – wydziera się. Nie jestem ostatni. To pozwala zacząć racjonalnie myśleć. Na szczęście na końcu (teraz na początku) byli „Makaron” z Gdańska ze swym serdecznym wafelkiem „Bajerkiem” z Wrocławia. Nadciągających lali nie bacząc kto z jakiego miasta pochodzi.

– Stój! Stój jeden z drugim! – Starsi momentalnie zareagowali. Bractwo zatrzymuje się. Odwracamy się w kierunku nadbiegających.

– Hurra, dawaj na nich! – sytuacja ponownie się odwróciła. Tamci ponownie wydarli z działek i stanęli. Znowu grad kamieni leci w naszym kierunku, ponownie uciekamy, ale tym razem spokojniej.

– Gonią? – pytanie zadane tak, jakby chodziło o prozaiczną rzecz.

– Gonią – odpowiedź w takim samym tonie.

– Dobra, stać! /Zatrzymujemy się. – Tym razem obyło się bezbicia. Wszyscy na komendę robią w tył zwrot.

– Na nich! – „Hawana” drze się nieludzkim głosem.

– Na nich!!! – wtóruje mu kilkadziesiąt gardeł.

W tym czasie „T” z „Wolfem” znaleźli się z innej strony zamieszania. Dochodzą niedaleko rozgrzanej bieganiną grupy miejscowych. Ktoś rozpoznał ich rzucające się w oczy wielkie sylwetki.

– Ci są z Gdańska! – miejscowi rzucają się na łatwą zdobycz. Nie przewidzieli, że to dwaj najlepsi zawodnicy.

– Co masz, scyzoryk? – „Wolf nie traci opanowania. Spokojnie ogląda broń własną i ziomka, mimo iż napastnicy zbliżają się błyskawicznie. -Chodź się zamienimy. – „T” dzierży teraz pałkę. „Wolf swoimi olbrzymimi łapskami obraca nóż. Zachowanie potencjalnych ofiar deprymuje napastników, zwalniają. Gdy dobiegli sporo ich animuszu zostało po drodze. Leniwa, spokojna reakcja i widok narzędzi walki we wprawnych rękach zrobił piorunujące wrażenie.

– Lejemy ich – ktoś pobudza do działania.

– A oni na pewno są z Gdańska? – mniej zdecydowany uderza w pojednawcze struny.

– Na pewno, na pewno – „Wolf dostał już piany. – A teraz was dopadnę! – Sytuacja się odwróciła. Gdańszczanie tratują jednego kolesia, drugiego rzucają na płot. Reszta salwuje się ucieczką.

LATA 90

I znów książka Romana Zielińskiego tym razem „Liga Chuliganów” i mecz Arka-Śląsk w Gdyni, na starym stadionie przy ulicy Ejsmonda.

Latem 93 zaraz po spadku z pierwszej ligi wrocławskich orłów, fani Śląska meldują się w Gdyni. Arka — Śląsk. Piękna pogoda, bractwo na wybrzeże ściąga już od tygodnia. W Gdańsku się pije (na okrętkę), śpi (rzadko) i żre (jeszcze rzadziej, szkoda kasy), lepiej przeznaczyć ją na picie). Nadchodzi dzień meczu. Przyjezdni i lechiści zbierają się w Sopocie na molo. Przegląd sił. Wrocławian coś niewielu, raptem dwie setki. Jak na pierwszy drugoligowy wyjazd ilość raczej skromna. Ale jest także cała śmietanka kibiców Lechii, jakieś 300 głów. Na miejscu policji jak na derbach. Ustawiają szpaler i prowadzą całą grupę lekko okrężną drogą w kierunku stadionu. Jacyś zabłąkani arkowcy niespodziewanie dla przybyszów, ale i dla siebie nadziewają się na ostatki tej grupy pod kasami. Drobna bieganina. Zdezorientowani policjanci, którzy zostali jeszcze na zewnątrz, nie wiedzą, o co chodzi. Arkowcy — jak nakazuje rozsądek — zrywają się. Jest ich o wiele za mało. Ot drobna szarpanina, która z uwagi na dużą dysproporcję sił nie mogła być wyrównana. Podczas meczu Janusz Kudyba strzela swoje pierwsze bramki w barwach Śląska, a Gajor postanawia to uczcić wybiegnięciem na płytę boiska. Po przerwaniu pierwszego szpaleru psów zostaje przechwycony przez drugi, co oczywiście wywołuje zamieszanie. Arkowcy z Górki klaszczą przyjezdnym. Wiedzą, o co chodzi. Po meczu 500 osób wraca na dworzec tą samą drogą. Oczywiście na końcu zostają maruderzy. Między nimi Kaczor z Gdańska. Arkowiec, któremu udało się zmylić czujność policji i wydostać się z Górki, którą funkcjonariusze otoczyli po meczu, podbiega do Kaczora i ściąga mu z głowy czapkę i szalik z szyi. Inny gdynianin w nieustalonych do końca okolicznościach zdobywa flagę Śląska. W tym czasie Górka jest otoczona przez psy i miejscowym nie pozwała się wyjść z sektora. Tam odbywają się walki. Policjanci czują się pewnie tylko przez moment. Później lecą na nich kamienie z rosnącego tuż za płotem lasu.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Kudyba po strzeleniu swoich bramek wylądował na płocie. Zwłaszcza w jego przypadku, człowieka stonowanego, było to dziwne.

— Nawet gdy z Zagłębiem Lubin zdobywaliśmy mistrza Polski, nigdy nie widziałem tylu kibiców na wyjeździe. A tu druga liga i drugi koniec Polski… — stwierdził po meczu, komentując swój wjazd na ogrodzenie. Wtedy jeszcze nie wiedział, że na 500 fanów aż trzystu było z Gdańska.

XXI WIEK

To było już po zakończeniu poprzednich rozgrywek ligowych sezonu 2016/17. Jeden z redaktorów LechiaHistoria.pl jechał z rodziną zdobywać Góry Stołowe. Za Kępnem, czyli 100 kilometrów od Wrocławia samochód odmówił posłuszeństwa. Jakiś sympatyczny laweciarz podrzucił nas do stolicy Śląska. Nazajutrz problem był taki, że było to Boże Ciało, wszystko zamknięte. Ale od czego są telefony. Dzwonię do M. do Gdańska. Ten do M. do Sopotu. Ten z kolei do K. do Wrocławia. Ten nie musi dzwonić, trwa balet i J. ma po ręką. Miasto śpi, ale J. z piskiem opon zajeżdża na Inowrocławską gdzie stanęło zepsute auto. Próbujemy tak i siak. Nie rusza. J. bierze mnie na hol, przenosimy się w czasie do mitycznego Trójkąta. O tym miejscu śpiewał Lech Janerka (Lechia Nerka?) „Strzeż się tych miejsc”, nie wiem czemu ludzie tu bardzo mili, szczególnie w rejonie ulicy Traugutta. Zajeżdżamy do dobrze ukrytego warsztatu, mimo Bożego Ciała praca wre. Chłopcy gdy słyszą, że bratu z Gdańska coś się zepsuło, rzucają resztę roboty i biorą się do działania. Telefony rozgrzane, papierosy krążą, piwko też. Miejsce niesłychanie klimatyczne. Po godzinie jest już załatwione, w święto. Auto działa. Chłopcy chcą stówkę. Bez żartów, płacę więcej póki mnie stać. W bonusie biorę rower dla dziecka. Na obiad jestem w Górach Stołowych. Zapach i smak Trójkąta Bermudzkiego jeszcze długo jest ze mną.

Dlatego właśnie w stolicy całego Śląska i Gdańsku się mawia, że Wrocław jest dzielnicą Gdańska, a Gdańsk dzielnicą Wrocławia.

Podobne artykuły
Top