Jesteś tu
Home > artykuły > Błażej Słowikowski – Moja Lechia

Błażej Słowikowski – Moja Lechia

Kim jesteś i czym się zajmujesz?

W 2001 roku byłem członkiem założycielem stowarzyszenia Biało – Zieloni, które w sposób formalny przeprowadziło szereg inicjatyw mających na celu przypomnienie Gdańskowi o Lechii. W 2002 roku współtworzyłem komitet wyborczy „Naprzód Lechio”, który wystartował w wyborach samorządowych w Gdańsku. Choć bez sukcesu politycznego to jednak z PR-owym przytupem wróciliśmy do świadomości osób w naszym regionie. W 2004 roku rozpocząłem pracę w biurze prasowym prezydenta Gdańska. Służba na chwałę miasta, które kocham, nie wykluczała dalszych działań związanych ze wsparciem piłki nożnej i gdańskiej Lechii. W tamtym czasie współtworzyłem zespół, który przygotowywał gdańską aplikację do Euro 2012. Do dziś cegiełkę w dziele organizacji imprezy i powstania stadionu w Letnicy uważam za swój największy zawodowy sukces. Szerzej o tym postaram się powiedzieć za chwilę. W 2006 roku pełniłem obowiązki rzecznika prezydenta Gdańska, a w 2007 roku zasiliłem szeregi Lechii jako specjalista do spraw marketingu, aby w 2008 roku zostać jej rzecznikiem prasowym.

W maju 2011 roku (niedługo przed pierwszym meczem na nowym stadionie) odszedłem z Klubu. Obecnie wraz ze wspólnikami prowadzę firmę deweloperską. Pozostaję czynnym akcjonariuszem mniejszościowym Lechii Gdańsk.

Twój pierwszy pamiętny mecz Lechii?

Mój pierwszy mecz na Lechii obejrzałem 8 sierpnia 1995. Zespół z Traugutta zwyciężył wtedy 2:0 Amikę Wronki. Był to czas fuzji z Olimpią Poznań. Dziś z perspektywy czasu oceniam ten pomysł krytycznie. Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem i do końca nie wiem czemu niemal cały piłkarski (kibicowski) Gdańsk tak huraoptymistycznie zaakceptował taką drogę na skróty. Gdańszczanie i kibice Lechii wielokrotnie, zarówno we wcześniejszej jak i późniejszej historii Klubu pokazali, że takie metody nie są bliskie ich sercu (Najlepszy przykład to mozolna droga od A-klasy do Ekstraklasy, która była swoistym katharsis dla Biało-Zielonych co procentuje do dziś). W tamtym czasie stało się jednak inaczej. Kto wie może tym zagadnieniem zajmie się kiedyś jakiś socjolog podzielający piłkarską pasję. Moją fascynację mógł wtedy tłumaczyć wiek, słaba znajomość piłkarskich realiów oraz to że uległem wielkiemu urokowi, który opisze poniżej. Nie lubię się jednak tłumaczyć i szukać prostych usprawiedliwień. Z jednej strony się cieszę, że złapałem bakcyla Lechii, a z drugiej jest mi trochę wstyd, że firmowaliśmy (firmowałem) wtedy taki twór.

Na stadion poszedłem sam. Byli wprawdzie wokół mnie znajomi, ale inicjatywa była moja. Doświadczyłem tego o czym w późniejszym czasie wielokrotnie opowiadał mi Zbigniew Zalewski, kustosz muzeum Lechii w kontekście swojej pierwszej wizyty na stadionie. Chodziło o swego rodzaju siłę, magnes, który kusi cię do odwiedzenia sportowej areny. Nigdy tam nie byłeś, a jednak wiesz, że dzieje się tam coś niesamowitego, magicznego. Pójdziesz tam i nigdy już nie będziesz chciał przestać być częścią tego teatru. Tak właśnie stało się ze mną. Boisko, reakcje trybun, flagi, piłkarze NASZEJ Lechii… To było dla mnie olbrzymie wrażenie. Wiele osób szczyci się tym, że na pierwszy mecz zaprowadził ich ojciec czy dziadek, a ja jestem dumny, że poszedłem tam z własnej inicjatywy, że Lechia niejako mnie wezwała.

Sam mecz to oczywiście olbrzymia radość z wygranej odniesionej w okolicznościach euforycznej reakcji trybun. Zarówno w trakcie jaki i po meczu. Symptomatyczne, że jedna z bramek zdobył wtedy Grzegorz Król, w którym wielu widziało wschodząca gwiazdę nawet światowego formatu. Piłkarz, który dziś jest wśród moich znajomych na facebooku…

Twoje najbardziej pamiętne mecze Lechii, najbardziej pamiętne momenty?

Z pewnością wspomnieniem, które do dzisiaj powoduje u mnie szybsze bicie serca i gęsią skórkę jest awans do Ekstraklasy w 2008 roku. Podobnie wyjazdowy mecz z Piastem Gliwice w 2009 roku, decydujący o utrzymaniu w elicie, ale nie tylko. Kto wie gdzie byłaby dziś Lechia gdyby nie tamto zwycięstwo…
Ponadto każdy derbowy triumf, jeżeli jest się pracownikiem Klubu, trudno w ogóle do czegokolwiek przyrównać. Po takim meczu człowiek przez dwa tygodnie nie chodzi, ale dosłownie lata przynajmniej metr nad ziemią.

Fantastycznie wspominam mecz, który odbył się 2 października 2010 w Warszawie gdzie Lechię podejmowali „wojskowi”. Biało – Zieloni po przepięknej grze zwyciężyli 3:0. „Piątki” przybitej na konferencji prasowej z trenerem Kafarskim nie zapomnę z pewnością nigdy.

Meczem gdzie pozytywne wspomnienia mieszają się z tymi bardziej „cierpkimi” było z pewnością spotkanie, które 15 czerwca 2002 roku odbyło się w Stegnie. Miejscowy Nadmorzanin uległ Lechii 0:4, a ta ostatnia wywalczyła awans z A-klasy do V ligi. Pozytywnie bo dopingowana przez rzeszę fanów (z pewnością kilka osób pamięta flagę, którą próbowano rozwiesić na bramkowej siatce czy też kibica jeżdżącego po boisku… rowerem) Lechia uczyniła kolejny krok w swoim odrodzeniu. Pozytywnie bo wielokilometrowa kawalkada aut ciągnąca w swoistej paradzie z Mierzei Wiślanej do Gdańska już nigdy się nie powtórzyła. Negatywnie bo mimo wszystko grę na tak niskim szczeblu należało uważać za swego rodzaju poniżającą.

Wśród tych mniej przyjemnych wspomnień wyselekcjonowałem jedno. W kwietniu 2009 roku po wygranych przez Lechię derbach w Gdańsku. Komisja Ligi wezwała Lechię do złożenia wyjaśnień dotyczących incydentów, które miały miejsce podczas tego spotkania. Dla tych, którzy nie pamiętają trzeba tu mocno podkreślić, że mecz toczył się w spokojnej atmosferze, a wspomniane incydenty to flaga, która nie spodobała się obserwatorowi i (niestety) pojedyncza szklana butelka rzucona z trybun w stronę sędziego liniowego. Klub na posiedzeniu w warszawskiej siedzibie Komisji reprezentowałem ja. Nigdy nie zapomnę uczucia kiedy wyszedłem stamtąd z wyrokiem nakazującym rozegranie jednego meczu bez publiczności. Strasznie to przeżyłem. Wielokrotnie analizowałem co podczas tego spotkania mogłem zrobić (powiedzieć) inaczej. Dla Klubu, który ledwo awansował do ekstraklasy, każdy przychód z dnia meczowego był bardzo istotny. Do tego wszystkiego należało doliczyć straty wizerunkowe. Żeby była jasność, wszyscy w Klubie spodziewali się kary. Skala wydarzeń porównywanych do wcześniejszych (późniejszych zresztą również), zajść na innych stadionach, nie wskazywała jednak na tak surowe orzeczenie. Marnym pocieszeniem było dla mnie wrażenie, że wyrok został wydany już wcześniej, a moja wizyta tam była niezbędna jedynie do odnotowania w protokole. Do dzisiaj nie daje mi to jednak spokoju.

Jeżeli jesteśmy już przy sprawach około derbowych to na koniec jeszcze jeden miły wspominek z meczu, tym razem z 4 listopada 2007 roku. Na derby w Gdyni gospodarze przygotowali dla nas trzysta wejściówek. Niby ok bo tyle minimalnie powinni przekazać zgodnie ze stosowym przepisami. Szkopuł w tym, że na wcześniejsze spotkanie w Gdańsku na mocy niepisanej umowy my przekazaliśmy im dużo więcej niż wymagały tego „paragrafy”. Na kanwie tego wydarzenia kibice wyprodukowali, dla wspomnianych trzech setek szczęśliwców, wyjazdowe gadżety z hasłem „trzystu”, które w oczywisty sposób nawiązywały do termopilskiego heroizmu podobnej liczby spartańskich wojowników. W koszulkach z tym napisem wyszli na przedmeczową odprawę również piłkarze Lechii (spontaniczna decyzja o takim działaniu zapadła tuż przed spotkaniem). W tym momencie zadzwonił do mnie ówczesny rzecznik Ekstraklasy Adrian Skubis. – Jesteś na stadionie? – zapytał. – Nie, oglądam mecz w telewizji – odpowiedziałem [kilku sekundowa cisza]. – Zabrakło dla mnie biletów – dodałem wyprzedzając kolejne pytanie. – Wiesz, że zapłacicie karę (chodziło o nieuzgodnione wcześniej z organizatorem rozgrywek założenie przez piłkarzy okolicznościowych koszulek)? – Wiem, zapłacimy – odpowiedziałem. Nigdy wcześniej, ani później tak miło i z taką satysfakcją nie zadysponowałem nieswoimi pieniędzmi (choć w efekcie kary nam chyba nawet nie wymierzyli).

Twoi ulubieni piłkarze/trenerzy Lechii?

Pewnie nie będę oryginalny jeżeli powiem, że wielką estymą darzę Romana Rogocza. Nie miałem tej przyjemności widzieć boiskowych wyczynów Zdzisława Puszkarza czy tym bardziej Romana Korynta więc szacunek do nich mam niejako „z urzędu”. Romana Rogocza poznałem jednak na trybunach i to był, przepraszam za określenie, facet dużego formatu. Kochał Lechię na swój niesamowicie oryginalny sposób. Swoim sposobem bycia zjednywał od razu obcych sobie ludzi, a do tego nie można zapomnieć, że w życiorysie zapisał dumną wojenną kartę w 2 Warszawskiej Dywizji Pancernej.

Z „nowożytnych” piłkarzy jako pracownikowi Klubu bardzo miło współpracowało mi się zawsze z Mateuszem Bąkiem czy Deleu. Ten ostatni zdobył moje uznanie bo na spotkania w szkołach, przedszkolach czy z najmłodszymi niepełnosprawnymi kibicami zgłaszał się zawsze pierwszy na ochotnika. Traktował to jako część swojej misji.
Jeżeli już mowa o piłkarskiej działalności pozasportowej to nie mogę tutaj nie wspomnieć o Krzyśku Brede, który (wspólnie z pracującym w magistracie Jasiem Ptachem) robi niesamowite rzeczy jeżeli chodzi o pomoc dla najmłodszych, przede wszystkim z placówek wychowawczych. Zawsze zazdrościłem tej siły i wiary we własne możliwości. Strasznie mi szkoda, że obecnie Krzysiek wykorzystuje swoje zdolności w Jagiellonii, ale na to też trzeba spojrzeć inaczej. Zdobyte doświadczenie przyda mu się kiedyś w Lechii. Jestem tego pewien.

Wśród ludzi Lechii w ostatnich czasach związanych bezpośrednio z pierwszym zespołem trudno wśród moich ulubionych postaci nie wskazać Piotra Żuka. Dobry duch zespołu ze spokojem tonujący rozkapryszone czy roszczeniowe niekiedy postawy zawodników. Siła spokoju.

Cyniczny żart połączony z dużą dawką fachowej wiedzy, zawsze ciekawa rozmowa na tematy nie koniecznie związane z piłką to z kolei bardzo krótka charakterystyka koordynatora sztabu medycznego Roberta Dominiaka.

Mówiąc o szatni Lechii niemożliwością jest nie wspomnieć o Marku Janowskim. Człowieku, który „zjadł zęby” za Klubowymi kulisami. Pan Marek posiada mocarny uścisk dłoni, która jednak potrafiła uratować życie młodemu adeptowi futbolu z gdyńskiego klubu, kiedy ten niemal udusił się własnym językiem, podczas meczu przy Traugutta. Takie wydarzenia muszą budzić szacunek.

Komu kibicujesz poza Lechią?

Jedyną drużyną klubową, której kibicuję jest Lechia Gdańsk. Dużą sympatią darzę Celtic Glasgow, ale nie odważę się powiedzieć, że im kibicuję. Z zapartym tchem śledzę obecne występy kadry narodowej. Słowo „obecne” nie wystąpiło tutaj przypadkowo. Bardzo się cieszę, że odstąpiono od pomysłów naturalizacji zawodników, którzy nie znali języka polskiego. Pochodzę pod tym względem ze starej szkoły. Uważam, że reprezentacja to nie klub. Powinni w niej grać piłkarze urodzeni w danym kraju, ewentualnie bardzo z nim zżyci, dla których r e p r e z e n t o w a n i e nie jest tylko pustym frazesem.

Bardzo lubię także hokej na lodzie i w ostatnich miesiącach mocno trzymam kciuki za gdańskiego Stoczniowca, który odradza się z popiołów podobnie jak wcześniej Lechia. Mam nadzieję, że się utrzymają, a następnie wykonają kolejne kroki w kierunku ligowego szczytu.

Jak widzisz Lechię za 5-10 lat?

Pytanie o przyszłość Lechii pojawia się odkąd pamiętam. Gdańsk to chyba największy ośrodek piłkarski w Polsce, który był tak silnie piłkarsko napiętnowany. Dwudziestoletnia ekstraklasowa banicja (pomijając wspomniany wyżej epizod z sezonu 95/96), na którą w znakomitej części załapało się moje pokolenie jest tego najlepszym przykładem. Odkąd jestem z Lechią pytanie o przyszłość towarzyszy mi cały czas, niemal na wszystkich formalnych czy nieformalnych spotkaniach, na których poruszane były sprawy Klubu (czyli praktycznie rzecz biorąc na każdym). O losy swoich zespołów drżą i drżeli kibice takich klubów jak Ruch, Widzew, ŁKS, Górnik Zabrze, ale u nich pytanie o przyszłość zawsze miało inny posmak niż w Gdańsku. Oni wiedzieli, że Ekstraklasa należy im się niejako z urzędu. Z racji wcześniejszych dokonań, sympatii władz w PRL-u czy też różnego rodzaju układów nie zawsze mających wiele wspólnego ze sportem. My mamy tę traumę dwudziestu lat bez ekstraklasy, błąkanie się po A-klasowych placach do gry i sukcesy z zamierzchłej przeszłości. To powoduje, że nawet dzisiaj, patrząc z wysokości najwyższego piętra piłkarskiej tabeli drżymy czy to nie sen i czy za chwilę nie skończy się w tak boleśnie znanym nam miejscu.

W obecnej sytuacji Lechii jest to podwójnie uzasadnione dosyć dziwnym zachowaniem właściciela Klubu, który zamienił na tym miejscu próbujących swoich sił w futbolu inwestorów z Wrocławia. Trwające przez wiele dni, a nawet tygodni niejasności związane ze strukturą właścicielską, będą u kibiców Lechii skutkowały podświadomym strachem o przyszłość zespołu jeszcze przez długi, długi czas. Jesteśmy tak spaczeni lękiem o Lechię, że mogą tutaj nie pomóc nawet seryjnie zdobywane mistrzostwa Polski. A pytania o przyszłość Klubu będą się pojawiać w podobnych medialnych rozważaniach jeszcze przez dziesięciolecia. Zobaczycie.
Ale dla wszystkich lękających się mam w tym miejscu krzepiące słowa.

1 grudnia 2004 roku to bardzo ważna data w nowożytnej historii Klubu. Jeżeli wygooglujecie to trudno będzie coś sensownego pod tą datą znaleźć. A jednak! Tego dnia Maciej Turnowiecki pełniący wówczas funkcję rzecznika prezydenta Gdańska napisał i zaniósł do podpisu swojemu szefowi list. List był skierowany do ówczesnego prezesa PZPN Michała Listkiewicza. Dotyczył akcesu jaki złożył Gdańsk do organizacji meczów w ramach Mistrzostw Europy w piłce nożnej. W całym wydarzeniu kluczem był fakt, że list został napisany i przesłany do Związku dosłownie kilka minut po tym jak Polska Agencja Prasowa poinformowała, że Polską będzie się ubiegać o organizację tej imprezy wspólnie z Ukrainą. Cała Polska „spała” kiedy w świat poszła informacja, że Gdańsk będzie do imprezy gotowy (Dziś niewiele osób już pamięta, ale jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, że pierwotnie planowano przeznaczyć do organizacji imprezy mocno zmodernizowany stadion przy ul. Traugutta).

Wtedy powoli ruszyła lawina. Na końcowy sukces naszej aplikacji pracował kilkuosobowy zespół. Szło jak po grudzie bo pomysł inicjatywę kilku osób, traktowany bardziej w kategorii s-f niż realnego wydarzenia. Prawie nikt w to nie wierzył, dlatego nasze starania o skompletowanie kilkuset stronnicowej dokumentacji wymaganej przez UEFA spotykał się wśród tych, którzy musieli z nami współpracować raczej z wrogością niż z entuzjazmem. Zabawne bo teraz sobie przypominam, że wśród wielu setek niezbędnych formularzy były np. takie, które woziliśmy do gdańskich hotelarzy. UEFA wymagała, aby szefowie hoteli własnoręcznym podpisem gwarantowali, że za osiem lat (!) nie podwyższą cen za miejsca hotelowe na czas trwania imprezy. Ale to tylko ciekawostka.

Tymczasem przeprowadzono dokładne badania i analizy, które wykazały że stadion na Traugutta nie będzie w stanie przyjąć Mistrzostw. Znając założenia projektowe nowego stadionu w Letnicy, kiedy 17 kwietnia 2007 roku Michel Platini wyciągnął w Cardiff kartę z napisem „Poland – Ukraine”, to ja tam nie widziałem „Poland – Ukrainne”. Ja widziałem wyraźnie napisane „Lechia Gdańsk”, a poniżej mniejszymi literami „dożywotnia polisa ubezpieczeniowa”.

Stadion w Letnicy to jest nasza polisa. Jak źle by nie było to nasza polityczna gwarancja na Ekstraklasę w Gdańsku. Mówiąc nieco prowokacyjnie jeżeli Ekstraklasa należy się przywoływanymi na potrzeby tych rozważań Ruchowi, ŁKS’owi, Widzewowi czy Górnikowi, to nam należy się ona dziś bardziej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to zadośćuczynienie, za lata ligowej szarzyzny i wyrzeczeń kibiców, którzy zapisali tak chwalebną kartę w staraniach o wolną Polskę w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku, a także tak dzielnie zmagali się w walce o świetlaną przyszłość Klubu w latach 2001 – 2008.

Podobne artykuły
Top