Jesteś tu
Home > artykuły > Tomasz Kafarski – 5 lat w Lechii. Wywiad rzeka cz. 1

Tomasz Kafarski – 5 lat w Lechii. Wywiad rzeka cz. 1

 

8 listopada 2016 roku minęło pięć lat od kiedy Tomasz Kafarski przestał być trenerem Lechii. To idealny moment, by z perspektywy czasu ocenić jego ponad 5-letni pobyt w sztabie Biało-Zielonych. Najpierw jako asystenta, potem przez blisko 1000 dni jako pierwszego szkoleniowca.


Tomasz Kafarski: Słysząc pierwszy raz nazwę Lechia widziałem stadion przy Traugutta i do dziś go widzę.

Zacznijmy od początku. Proszę powiedzieć parę słów o słynnej drużynie juniorów Lechii rocznika 1975, która pod kierunkiem trenera Jerzego Brzyskiego, była w ścisłej krajowej czołówce, a której był Pan ważnym członkiem.
– Wspominam to bardzo miło. Udało się coś osiągnąć w piłce młodzieżowej. Dwa mistrzostwa Polski, jedno wicemistrzostwo to było coś, co dawało podstawy myśleć, że z tej drużyny wyjdzie masa piłkarzy na poziom ekstraklasy. Skończyło się inaczej. Tak naprawdę poza Mięcielem, Szamotulskim i Kubsikiem nikt nie zafunkcjonował w ekstraklasie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że takim najbardziej straconym talentem był Tomek Szostek. Ja jestem chyba jedynym trenerem z tamtej grupy osób, jeszcze Marcin Kubsik z tego co słyszę. Dla mnie to było na pewno spore doświadczenie i lekcja życia poza domem rodzinnym.

Tak naprawdę nie zaistniał Pan w dorosłej piłce…
– Skończyły się mistrzostwa Polski, zostaliśmy w komplecie powołani na trening pierwszego zespołu, który wtedy prowadził Adam Musiał. Były wtedy dwie Lechie: FC Lechia i KS Lechia. Ja bardzo szybko zostałem przeniesiony do drugiej drużyny i z dwudziestego któregoś miejsca, co trening piąłem się wyżej. Wreszcie pojechałem na mecz z trzecioligowymi rezerwami. Ale zabrakło cierpliwości. Bardzo chciała mnie Kaszubia, która wtedy chciała walczyć o awans. Wróciłem do domu i tam kontynuowałem swoją misję piłkarską.

Zaczął Pan pracę jako trener w Kaszubii, będąc jednym z najmłodszych na szczeblu centralnym. Po jakimś czasie pojawiła się propozycja objęcia funkcji asystenta w Lechii. Czy może Pan zdradzić kulisy jak to się odbyło?
– Słyszałem, że Lechia będzie szukała następcy Marcina Kaczmarka, który skończył wtedy pracę. Otrzymałem propozycję spotkania, nie wiedziałem czego ta oferta będzie dotyczyć. Na miejscu dowiedziałem się, że mile byłbym widziany jako asystent Tomka Borkowskiego. Nie potrzebowałem dużo czasu na zastanowienie się, mimo że to był przeskok zaledwie o jedną klasę, to jednak do klubu, który chce wrócić do elity, uważałem to za awans sportowy i kolejny krok w rozwoju trenerskim.

Był Pan w Lechii asystentem u trzech trenerów. Chronologicznie byli to Borkowski, Zieliński i Kubicki. Przy kim udało się najwięcej skorzystać?
– Każdy z tych trenerów był innym człowiekiem i u każdego z tych trenerów miałem inne role. Najbliżej drużyny byłem prowadząc ją z Tomkiem Borkowskim, kompletnie inaczej wyglądało to z Darkiem Kubickim, który asystenta potrzebował do rozgrzewki przedmeczowej. Z Jackiem Zielińskim to było wypośrodkowanie tych dwóch ról, które pełniłem u trenerów Borkowskiego i Kubickiego.

A jak Pan wspomina skok na głęboką wodę do ekstraklasy? Jak z Pana perspektywy wyglądało zastąpienie Jacka Zielińskiego?
– Dowiedziałem się w autobusie po powrocie z meczu z Odrą Wodzisław, że Jacek Zieliński prawdopodobnie przestanie pracować. Były głosy od samych piłkarzy, że ja będę następcą.

Pomyślałem wtedy, że gdyby miał przyjść jakiś trener i miałbym być czwarty raz asystentem to raczej bym skończył pracę po sezonie. Zależało mi, by obojętnie w jakiej roli dokończyć z Lechią misję i utrzymać ją w ekstraklasie.

Chodziły na giełdzie różne nazwiska. Gdy okazało się, że to ja poprowadzę drużynę, wydawało mi się, że jestem do tego przygotowany. Najbardziej znałem zespół. Wiedziałem co mają dobrego, co należy poprawić, co można jeszcze z nich wykrzesać.

Czy zmienił się wtedy Pana czas pracy?
– Zmiana roli z drugiego trenera na pierwszego to kolosalny skok, nie do przeliczenia na godziny. Bo odpowiedzialność co się dzieje w drużynie spoczywała już tylko i wyłącznie na mnie. Czasu nie było, drużyna potrzebowała bardzo silnego wstrząsu. Zależało wszystkim by powrót do ekstraklasy nie skończył się spadkiem po jednym sezonie.

Gdy podpisywał Pan kontrakt to jego termin był tylko do końca sezonu? Czy umówiliście się na dłuższy termin?
– Ostatnie osiem kolejek sezonu prowadziłem na kontrakcie drugiego trenera. Nie podpisywaliśmy żadnej nowej umowy, w tamtym czasie nikt ze mną nie rozmawiałem na temat zarobków itd. Dostałem bardzo dobrą możliwość pokazania się szerszej publice, ale na dzień dobry nie wiązało się to z żadną podwyżką.

W czerwcu siedliście do rozmów na temat dłuższej umowy?
– Wydaje mi się, że mocno absurdalnym rozwiązaniem byłoby powierzenie walki o utrzymanie nowicjuszowi, nie wiążąc z nim planów długofalowych. Od początku wierzyłem i tak mi to było przedstawiane, że nie po to przez trzy lata byłem asystentem. Znałem zespół, wzmocniłem się jako trener, byłem gotów sprostać wyzwaniu i być numerem jeden na nowy sezon. Od razu po skończonym meczu z Piastem Gliwice rozmawiałem z Andrzejem Kucharem, ówczesnym właścicielem klubu, że jedyną rzeczą, która blokuje podpisanie przeze mnie nowego kontraktu jest moja niewyjaśniona sytuacja z licencją trenerską. Udało się to załatwić, odbyłem szybko kurs wyrównawczy, potem załatwiłem najważniejszy kurs UEFA PRO, który też zdałem i te wszystkie formalne rzeczy, nie stanowiły już przeszkody.

W wywiadzie po meczu z Piastem widać i słychać było ogromny kamień z serca, który Panu spadł, to było dość emocjonalne wystąpienie.
– Po meczu z Piastem czułem się tak, jak już nigdy potem się nie czułem. Tam wygraliśmy coś naprawdę. Można było podsumować tamten sezon jako udany. Tamto uczucie ciężko opisać słowami. Wiedziałem, że to może być początek pracy w klubie ekstraklasy, w klubie, który był zawsze moim wymarzonym.

Czyli utrzymanie po meczu z Piastem było bardziej radosne niż awans do ekstraklasy rok wcześniej?
– Jedno i drugie zdarzenie było bardzo radosne tylko, że pracując jako asystent odpowiedzialność jest mniejsza. Nie jestem człowiekiem, które przypisuje sobie jakieś medale. Tego utrzymania nie byłoby, gdyby nie drużyna, która chciała grać do końca.
Zespół był na fali euforii po utrzymaniu, w dobrym klimacie rozpoczęliśmy przygotowania do nowego sezonu. Nie rozpoczęliśmy od tłumaczenia się z porażek, a rozpoczęliśmy w chwale, to miało duże znaczenie. Udało nam się stworzyć nową drużynę, zrezygnowaliśmy z kilku kluczowych piłkarzy, którzy dla tego klubu zostawili dużo zdrowia. Dla niektórych były to decyzje niezrozumiałe, ale były przeze mnie przemyślane, to były decyzje, które miały popchnąć klub na inny poziom. Drużyna czuła się dobrze, trafiliśmy z transferami, początek rozgrywek pociągnął nas w spokojny sezon.

Latem przyszedł Ivans Lukjanovs, który zaczął sezon na „9” jako król strzelców …
– …jako jeden z królów strzelców ligi łotewskiej, ale okazało się, że w dwóch meczach strzelił po pięć bramek. Wania nie strzelał u nas dużo bramek, ale był bardzo dobrym, pożytecznym piłkarzem. W późniejszym czasie przesunięcie go na skrzydło okazało się dobrym naszym posunięciem.

Sergejs Kożans i Lukjanovs przyjechali do nas na obóz do Gutowa. Wzięli udział w treningu, potem w meczu sparingowym z bardzo dobrym wtedy Widzewem Łódź, 1-ligowcem. Ich występ oceniliśmy bardzo dobrze. Każdy z nich zostawił w Gdańsku dobrą markę.

Ta jesień była udana, szóste miejsce, natomiast wiosna słabsza, zdobyliście 11 punktów. Jak to się stało, że te dwie rundy były takie nierówne?
– Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale największą porażką mojej pracy zostały ocenione dwa półfinały Pucharu Polski, co do dzisiaj jest rzeczą niedościgniętą. Rok po roku reprezentowaliśmy Lechię aż do półfinału. Wiosną graliśmy więcej ze względu na Puchar Polski.
Pamiętacie pewnie pucharową rywalizację z Wisłą Kraków, która była murowanym kandydatem do tytułu mistrza Polski, wygraliśmy dwumecz 3:1. Wtedy zrobiłem rzecz, której chyba żaden trener w lidze polskiej wcześniej nie zrobił. Trzy dni przed meczem pucharowym wystawiłem zupełnie inną jedenastkę, by na puchar mieć zdrowych, gniewnych piłkarzy. W lidze przegraliśmy aż 0:3 po dobrym jednak meczu, uznano jedną bramkę, której nie było, a w Pucharze zmietliśmy ich z powierzchni ziemi. Ale jak się potem okazało, nie był to sukces klubu, mówię to kolejny raz, a porażka, po tym meczu nastąpił słynny mecz z Jagiellonią, o którym wolałbym nie wspominać…

No, ale musimy o niego zapytać! Czy sądził Pan, że ma na tyle silną drużynę, że desygnując rezerwowych, oszczędzając piłkarzy podstawowych pokona Jagiellonię? Lechia odpadła jedną bramką w dwumeczu, ale kibice mieli wielki żal…
– Kibice widzieli porażkę już przed pierwszym meczem, widząc skład jaki wystawiłem. Ja po tylu latach dalej twierdzę, że to była mocno przemyślana decyzja, oczywiście nietrafna, życie pokazało, że pierwszym meczem zaprzepaściliśmy bardzo dużą szansę. Uznałem wtedy, że piłkarze, którzy usiedli na ławce nie są w najwyższej formie, co było błędną decyzją, bo zmiany które przeprowadzaliśmy podczas meczu doprowadzały do tego, że zaczęliśmy grać to co graliśmy dotychczas. Nie ma też co zwalać na brak szczęścia, ale bramka z 30 metrów nie zdarza się codziennie, potem strata piłki na własnej połowie, sprawiły, że ten mecz zaczął się dla nas bardzo źle. Gdybyśmy zagrali najlepszym składem i przegrali jedną bramką, pewnie nikt nie miałby do mnie pretensji.

Ten mecz miał wpływ na kolejny sezon. Kibice, część z nich, pamięta go do dzisiaj…
– No i nie wiem właśnie czy kibice za długo pamiętają to co zdarzyło się z Jagiellonią, zamiast pamiętać o fantastycznych wydarzeniach, które miały miejsce w meczach z udziałem mojej drużyny. Mam nadzieję, że zwycięska seria w derbach to jest rzecz do powtórzenia dla innego trenera tak długo pracującego, ale to nie będzie łatwy mecz (rozmawialiśmy przed derbami 30 października – przyp. red.)

Ten sezon kończycie w środku tabeli. I potem następuje najbardziej intensywne okno transferowe za Pana kadencji. W maju zaczęło się tzw. wielkie testowanie. Przyjechali m.in. Janota, Sikorski. Przyszło kilku zawodników, a sezon zaczął się protestem kibiców.
– Końcówka sezonu 2009/10, brak awansu do finału Pucharu Polski i brak realizacji założonego celu, bo zajęliśmy 8 miejsce, ale Jagiellonia startowała z minus 10 punktami. Według regulaminu zawartego między zarządem, a drużyną zajęliśmy 9. miejsce. Poprzedni sezon zaczęliśmy w euforii po utrzymaniu, w kolejnym osiągnęliśmy progres, ale przez cały sezon byliśmy wyżej w tabeli niż skończyliśmy, przez co start do nowego sezonu był trudny. Ci piłkarze, którzy przyjechali na testy z bagażem doświadczeń nie spełnili pokładanych nadziei. To testowanie zostało ocenione w Polsce jako rzecz absurdalna, ale to była przemyślana akcja. Lepiej wydać 10 tysięcy na testy piłkarzy niż potem wydać o wiele więcej na kontrakty.

Rozpoczęliśmy przygotowania w Grodzisku, gdzie było nas czternastu plus szeroka grupa młodych graczy. Podjęliśmy decyzję, że jeśli nie będzie jakichś wyjątkowych okazji zostajemy z tymi którzy są. Wiązało się to oczywiście z pamiętnym protestem kibiców, kibice zawsze musieli sobie znaleźć jakąś nową zajawkę przeciwko komuś.
Protest, który się rozpoczął podczas meczu z Villareal lekko opadł, bo jak kibice zobaczyli fantastyczny mecz tych piłkarzy, którzy wtedy uważali siebie samych za zespół jeszcze niekompletny. Ten mecz pokazał, że tej drużynie niewiele brakuje by grać naprawdę fajnie.

WARSZAWA 29.07.2011 PILKA NOZNA T-MOBILE EKSTRAKLASA SEZON 2011/2012 POLAND POLISH EKSTRAKLASA FOOTBALL SOCCER MECZ POLONIA WARSZAWA - LECHIA GDANSK N/Z TOMASZ KAFARSKI FOT PIOTR MATUSEWICZ / PRESSFOCUS

Niezakwalifikowanie się do europejskich pucharów, potem testowanie nigeryjskiego czteropaku, który chyba poziomem nie przystawał do ekstraklasy…
– Na szczęście wpłynąłem na to, a nie była to łatwa rzecz, by nie pokazywać tych piłkarzy szerszej publice i nie kompromitować agencji menadżerskiej. Oczywiście kibice widząc to wszystko tak narastająco, mieli prawo protestować, mieli prawo być źli. Ale w końcu ta drużyna wystrzeliła i osiągnęła bardzo dobry poziom.

Wystrzeliła dzięki m.in. transferom last minute. Przyszedł m.in. Razack Traore. Pan w tym czasie leci na Islandię oglądać kolejnego kandydata.
– Przyjazd Traore był dużo wcześniej przygotowany, ale nastąpił dopiero wtedy, gdy miałem zabukowany bilet na Islandię, oglądać Finnbogassona, który z różnych powodów do nas nie trafił, nie tylko dlatego, że go trener Kafarski go nie widział. Zawodnik ten dziś gra w reprezentacji Islandii. Piłkarz na pewno nietuzinkowy, ale w tamtym czasie wolał wybrać Belgię, w pewnym sensie łatwiejszy przeskok. Traore, zanim wróciłem do Gdańska, odbył dwa treningi, ale informacje od sztabu, że to może być to czego szukamy otrzymałem już na lotnisku w Reykjaviku. Nie da się ukryć, że Razack rozwinął się w Gdańsku, bo to nie był piłkarz, który przyjechał w takim stanie jak wyjechał. Początkowo nie wyglądało, że to będzie super gwiazda. Ale potem, z meczu na mecz zaczął grać inaczej, zaczął rozumieć się z kolegami, potem dopiero okazał się kluczową jednostką.

A na jaką pozycję go kupowaliście docelowo? Na taką jakim się okazał później, czyli ofensywnego zawodnika?
– To był piłkarz, który równie skutecznie miał się poruszać na pozycji lewego obrońcy. W tamtym czasie kontuzji doznał Andruskievicius, musieliśmy kombinować i przestawiać na tę pozycję Huberta Wołąkiewicza, na tę pozycję był brany pod uwagę również Razack Traore. Życie pokazało, że to był piłkarz, który lepiej czuł się na ofensywnych pozycjach i tam więcej dawał drużynie.

Wygraliście ze Śląskiem, pamiętny mecz z Górnikiem pod wodzą trenera Nawałki 5:1, wygrana 3:0 na Legii. Mówiło się, że graliście wtedy najlepszą piłkę w Polsce.
– Nieskromnie powiem, że tak właśnie było. Tak mówią mi do dziś trenerzy, z którymi wtedy rywalizowaliśmy. Złapaliśmy super serię, ta drużyna czuła moc, była dobrze przygotowana, nowi piłkarze jak Traore, jak Bedi Buval dodawali super jakości. Zapomniałbym o Deleu, który ewidentnie miał bardzo pozytywny wpływ. To w połączeniu z Surmą, Nowakiem, Lukjanovsem, Wiśniewskim dało efekt dobrej passy, która była długa, a mogła być dłuższa, bo według mnie mogliśmy również wygrać z Wisłą Kraków, po meczu, który w mojej ocenie był jednym z lepszych, ale wiele rzeczy nie funkcjonowało w defensywie tak jak należy.

Rozmawialiśmy niedawno z Pawłem Buzałą, który wspominał, że bardzo dobrze wyszedł mu mecz z Górnikiem, a na mecz z Legią musiał usiąść na ławce. Czy rozmawiał z Panem na ten temat?
– Paradoks pracy trenera polega na tym, że czasem trzeba podejmować decyzje irracjonalne. Buzała zagrał najlepszy być może mecz w swojej karierze z Górnikiem Zabrze, w którym nie grał Bedi Buval, który w meczu pucharowym złapał jakiś uraz. Na Legię uznałem, że lepszym rozwiązaniem będzie Buval. Oczywiście nie było tak, że wziąłem Pawła, bo nie wiem co bym musiał mu powiedzieć, żeby zrozumiał moją decyzję. Dla niego granie w pierwszej jedenastce w super grającej Lechii i wyjście w składzie na Legię było czymś najważniejszym. Ja mu tę możliwość zabrałem swą decyzją, ale życie pokazało, że było to decyzja słuszna. Bedi Buval był bardzo groźnym napastnikiem, w meczu z Legią strzelił bramkę, która dała nam otwarcie wyniku.

Wracając do tego najlepszego okresu, waszym firmowym ustawieniem stało się ustawienie 4-3-3. Pierwszym meczem, w którym wyszliście ustawieni w ten sposób było spotkanie z Lechem Poznań z jesieni 2009. Nikt wtedy nie grał w ten sposób, skąd taki pomysł? Zaczęliście tak grać w środku rundy i w dodatku z silnym Lechem, czy to było przygotowywane?
– Ja jestem trenerem, który nie lubi grać tak jak wszyscy. Wtedy przed meczem z Lechem, planowałem jeszcze większą rewolucję, zamierzałem zagrać trójką z tyłu, żeby mieć więcej ludzi z przodu.

Trójką z tyłu z Lechem, z Lewandowskim w ataku?
– Tak jest. Zdecydowałem w ostatniej chwili, że zostaniemy czwórką z tyłu, a wyjdziemy trójką z przodu. I mimo, że padł remis to ustawienie zagrało, ten mecz sprawił, że Lechia dobrze się czuła w tym systemie.

Najważniejsze w pracy z piłkarzami w Lechii było to, że byli chłonni wiedzy, ufali mi. Bardzo duży wpływ na to miała para Nowak-Surma którzy byli naszym mózgiem, od nich się ta gra zaczynała i na nich kończyła.

Jesienią 2010 roku Pana stempel na drużynie był widoczny, w przerwie zimowej ta dobrze funkcjonująca drużyna zostaje nieco przemeblowana.
– Wspólnie razem z właścicielem, prezesem, dyrektorem zarządzającym chcieliśmy zbyt szybko tę drużynę zmieniać. Uznaliśmy, że wymiana jednego napastnika na drugiego sprawi, że nagle zaczniemy grać skuteczniej. Proces podnoszenia rywalizacji nie był łatwy, jako że mieliśmy piłkarzy, którzy grali ze sobą z zamkniętymi oczami.

Wróćmy do okna transferowego. Odchodzi Wołąkiewicz, który został zauważony przez selekcjonera, Pan w tym momencie łączył już funkcję trenera i dyrektora sportowego. Pytanie czy Wołąkiewicz mógł zostać?
– To była jedyna decyzja, która została podjęta poza mną. Hubert miał być dalej kapitanem, mieliśmy na nim budować drużynę na następne lata. Z różnych przyczyn ten kontrakt nie został podpisany. Koniec końców Hubert podpisał kontrakt z Lechem. Ja widziałem sens w tym, by Hubert został z nami do końca sezonu, mieliśmy cel do spełnienia. Niestety zarząd klubu z właścicielem podjęli decyzję o odsunięciu go od pierwszej drużyny. Zbiegło się to też z kontuzją Kożansa, w krótkim czasie straciłem dwóch członków 4-osobowej linii obrony.

W podobnym czasie decyzję o odejściu podjął Paweł Buzała, na pewno główną przyczyną takiej decyzji była Łazienkowska. W rozmowie ze mną Paweł potwierdził mi, że ten mecz bardzo mocno w nim siedzi. Długo z nim rozmawiałem już nie tyle pod kątem trenerskim, a pod kątem czysto ludzkim, tłumaczyłem mu co zyska odchodząc do Bełchatowa z tak grającej Lechii. Podjął taką, a nie inną decyzję. W krótkim czasie straciliśmy trzy ważne ogniwa.

Przyszli Vućko, Hajrapetian i Poźniak…
– Luka był bardzo ważną postacią. Lewon Hajrapetian przyszedł do nas jako amator, dziś jest reprezentantem swojego kraju. Kamil Poźniak na tamten czas miał wszystko by stać się piłkarzem pokroju Pawła Nowaka. Przyszedł po to, by zwiększyć rywalizację w środku pola, a po paru latach przejąć dowodzenie w tej strefie boiska.

Wart był tych pieniędzy?
– Czuję spory niedosyt, który pozostał po pracy z Kamilem, z tego co udało mi się z nim zrobić jako piłkarzem. To tyle pod kątem tego okienka. Większość tych ruchów było wymuszonych, z jednej strony odejściem Huberta, z drugiej kontuzją Kożansa.

A Zieńczuk?
– Z Markiem Zieńczukiem sytuacja była następująca: miał przyjść do nas jako piłkarz, który po 2-3 tygodniach wjedzie do grania, tymczasem musieliśmy czekać 2 miesiące.

Jesienią zagrał trzy razy.
– Widziałem go w drużynie. Przedstawiłem zarządowi opinię by przedłużyć z nim kontrakt na podobnych warunkach z możliwością negocjacji, gdy Marek wróci do gry po 2-3 miesiącach. Z tego co wiem Markowi menadżer załatwił kontrakt na poziomie Ekstraklasy, dwuletni w Ruchu Chorzów i tam odszedł. Nie miałem sobie nic do zarzucenia, dalej uważam, że dałem Markowi więcej w sensie powrotu na boisko, niż Marek dał drużynie. Przyjście latem Buvala, Sazankowa i Zieńczuka wiązało się ze sporymi oczekiwaniami, szczególnie Zieńczuka. To był transfer zrobiony przeze mnie pod kątem kibiców, żeby ściągać tu piłkarzy, którzy stąd się wywodzą.

Derby w Gdyni, ostatni mecz na starym stadionie, listopad 2009. W Gdyni było nastawienie, że to jest ten dzień, że wreszcie się odegrają za wszystkie porażki. Tymczasem już w szóstej minucie byli znów na łopatkach.
– Ten mecz zaczęliśmy bardzo dobrze. Bardzo ładna trójkowa akcja Wiśniewski-Buzała-Zabłocki dała nam prowadzenie. Arka grała wtedy nieźle u siebie, miała swoje sytuacje, ale my broniliśmy bardzo dobrze, po bramce na 2:0 wszystko było pod kontrolą. Wachowicz zdobył bramkę kontaktową z lekką pomocą rękawic Pawła Kapsy. Do końca było nerwowo.

To spotkanie wypadło 3-4 dni po przegranej z Bełchatowem u siebie. Jako trener zrobiłem rzecz trudno akceptowalną dla piłkarzy. Jeszcze przed przerwą zdjąłem Karola Piątka z boiska, a po 3 dniach zagrał cały mecz z Arką i było to jedno z jego najlepszych spotkań. Karol nie obraził się, decyzja moja była jak najbardziej słuszna i przemyślana, pomogła drużynie, która wygrała spektakularny mecz.

Czy mobilizował Pan zawodników jakoś dodatkowo na mecze derbowe?
– Atmosferę tych meczów czuło się już tydzień wcześniej, wspólne konferencje prasowe, wszyscy nawzajem się nakręcali. Podczas wszystkich derbów, w których ja prowadziłem drużynę nie było żadnych kibicowskich ekscesów ani na stadionie, ani poza nimi, najważniejsze rzeczy działy się na boisku. Dlatego zawsze twierdziłem, że najlepiej, gdyby Arka grała w Ekstraklasie, bo te derby dawały obu drużynom sporo dobrego. Piłkarze, których miałem znali ważność derbów także pod względem kibicowskim to po pierwsze, po drugie samo udowodnienie tego, że jest się lepszą drużyną. Pamiętam, że jeden z piłkarzy rywali, Przemek Trytko twierdził, nawet po piątej kolejnej przegranej, że to Arka rządzi w Trójmieście. Oni mogli się ładować takimi tematami, natomiast my na boisku pokazywaliśmy swą wyższość.

W obu Pana pełnych sezonach wiosna była słabsza od jesieni. Czy z perspektywy czasu coś by Pan zrobił inaczej w zimowych przygotowaniach?
– Wiele rzeczy można było zrobić inaczej. W obu tych sezonach przegraliśmy na finiszu. Kiedyś Łukasz Surma powiedział mi i zarządowi, że do szóstego miejsca mogą grać wszystkie drużyny, ale żeby być w czołowej szóstce trzeba mieć coś ekstra. My po zwycięstwie z Lechem wiosną 2011, na dwie kolejki przed końcem byliśmy na trzecim miejscu ex aequo ze Śląskiem Wrocław. Mega nieszczęśliwa porażka z Widzewem i przegrana na pożegnanie Traugutta z Zagłębiem Lubin, z którym zagraliśmy być może najlepszą połowę w rundzie wiosennej. Te dwie porażki sprawiły, że z 3 miejsca spadliśmy na 8. Spory niedosyt, rozczarowanie.

Jakbym miał wskazać najlepszy mecz z tego sezonu to myślę, że mecz z Legią, ale u siebie. Z różnych względów, także momentu, w którym się odbył i jak to spotkanie przebiegało na boisku.

Wróciliśmy do Gdańska po przegranym 0:4 półfinale PP w Warszawie. Na czwartek rano zwołałem konferencję prasową, chcąc odciążyć piłkarzy od dziennikarzy, w sensie biczowania itd. Wziąłem całą krytykę na siebie po to, by w sobotnim spotkaniu ligowym moi piłkarze mogli wyjść z chłodnymi głowami. Przegrywaliśmy po samobójczej bramce 0:1, ale druga połowa, charakter, to jak zdominowaliśmy Legię, która 3 dni wcześniej ograła nas czteroma bramkami, patrząc pod kątem piłkarsko-mentalnym rzecz rzadko spotykana.

To jedno z Pana ważniejszych zwycięstw. Dzień przed meczem odeszła Pana mama.
– W środę odpadliśmy z Pucharu Polski po wysokiej przegranej, czwartek to konferencja prasowa przeze mnie wymyślona, która się dla mnie źle skończyła, poszła w kierunku niekorzystnym dla mnie. W piątek umiera mi mama, a w sobotę nie wszyscy piłkarze o tym wiedzieli, ale zagrali kapitalne spotkanie. Dzisiaj jak oglądam fragmenty, tę akcję, po której strzeliliśmy bramkę na 2:1, po akcji która trwa właściwie dwie podakcje, sposób w jaki strzeliliśmy tę bramkę jak się po tej bramce cieszymy to były rzeczy bardzo trudne dla mnie, które pewnie postarzyły mnie o parę lat. Ale te rzeczy pokazały, że drużyna jest z trenerem na dobre i na złe.

Miał Pan wątpliwości czy usiąść na ławce w meczu z Legią?
– Gdybym siedział w domu nie mogąc pomóc drużynie czułbym się jeszcze gorzej. Praca pozwala myśleć o czymś innym. Skoncentrowałem się na tym, żeby ten mecz nie skończył się dla nas jeszcze większą tragedią. Pamiętam, że po ostatnim gwizdku poszedłem szybko do szatni i tam przeżywałem naprawdę ciężkie chwile.

Wiele bym oddał, żeby tamten sezon 2010/11 skończył się lepszym miejscem niż zajęliśmy. Ten sezon dochodził do fenomenalnych faz, oczywiście miał też słabsze momenty, końcówka to wszystko przekreśliła. Jak tak rozmawiamy przypominam sobie mecze, o których dawno zapomniałem. Jak mecz z Lechem, który nam się kompletnie nie układał, ale dwa szybko strzelone gole postawiły nas w bardzo dobrej sytuacji.

Czuć było puchary w powietrzu…
– Zgadza się, pamiętam ten zapach. Być może drużyna za bardzo go czuła, dlatego nie udało się osiągnąć czegoś wielkiego. Nie szukając jakiegoś usprawiedliwiania, dodam szkoda, że 3 ostatnie kolejki odbyły się w tydzień. Trener nie miał możliwości reakcji. Zabrakło nam doświadczenia, mnie jako trenerowi na pewno, a być może drużynie też.

Dramatyczne derby zakończone remisem 1. maja 2011 roku, ten mecz raczej Pan zapamiętał.
– Wydawało się nam, że jako drużyna doszliśmy do takiego poziomu, biorąc pod uwagę co prezentuje Arka, nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, przewidywaliśmy, że ten mecz będzie łatwiejszy, przebiegnie pod znakiem naszej dominacji piłkarskiej. Myliłem się, Arka postawiła dosyć wysoko poprzeczkę. Chociaż ostatnio oglądałem w dużych fragmentach ten mecz, my mieliśmy więcej z gry, ale Arka strzeliła pierwsza bramkę po stałym fragmencie gry, a potem taką żywiołowością i wsparciem kibiców, ten mecz zaczynał się nam wymykać spod kontroli. Bramka Labukasa sprawiła, że w Gdyni myśleli, że będą mieli święto…

Wierzył Pan, że coś się jeszcze uda zrobić?
– Nie powiem, że wierzyłem, że ten mecz zremisujemy, ale na pewno nie poddałem się, żeby nie robić ruchów na boisku, nie robić zmian. Bardzo szybko strzeliliśmy bramkę kontaktową. W momencie, kiedy budowaliśmy akcję, po której padła ta bramka, Jakub Zejglić był przygotowany do zmiany za Pawła Nowaka. Wchodzi Zejglić, który po sześciu minutach robi akcję życia, daje się sfaulować w mało niebezpiecznym dla bramki gospodarzy miejscu.

Po meczu jeden z moich przyjaciół napisał mi smsa, że mama czuwa.

Po meczu przyjechaliśmy na nasz stadion z remisem, a większość kibiców mówiła, że ten wynik jest lepszy od tych wszystkich zwycięstw. Że te pięć wygranych nie umywa się do tego remisu. Nie wiem czy to dlatego, że to przybliżyło Arkę do spadku. Ja dalej uważam, że derby są potrzebne, że taka rywalizacja przydaje się obu stronom.

Musimy zapytać o zdjęcie…
– Ja jestem tylko człowiekiem. Tydzień wcześniej przegrywamy Puchar Polski, umiera mi mama, wygrywamy fantastyczny mecz z Legią, gramy z Arką, nagle jeden z kibiców wręcza mi coś, na co ja nie zwracam kompletnie uwagi. Przypadkowy pan, którego za późno rozpoznałem, robi mi zdjęcie. Jak już skojarzyłem twarz, wiedziałem, że będzie z tego afera. Gdyby te zdjęcie zrobił ktokolwiek inny, to zdjęcie nie ukazałoby się w Internecie. Nasza reakcja była bardzo szybka, niestety poszło to w świat. Tamten incydent, będzie pokutował na moich stosunkach z gdynianami bardzo długo.

Kibice z Gdyni jeszcze to pamiętają tak jak w Gdańsku mecz z Jagiellonią?
– Wydaje mi się, że w Gdańsku będą dłużej Jagiellonię pamiętać, niż w Gdyni to zdjęcie.

To była najwyższa kara jaką zapłacił Pan za ten incydent. Komisja Ligi wyznaczyła karę w postaci trzy tysiące grzywny.
– Nie zapłaciłem żadnej kary. Moje zachowanie było karygodne. Chciałem od razu na drugi wypowiedzieć się oficjalnie na ten temat. Ale oczywiście była kość niezgody, bo jeśli powiedziałbym to co myślę, to być może źle by to zinterpretowaliby kibice Lechii i wpadłbym z deszczu pod rynnę. Jednym kibicom dalej imponuję, a z drugimi mam problem, bo nie potrafią zrozumieć, że to był błąd, który nie wynikał ze świadomości tego czynu.

Sezon 2010/11 kończy się nieszczęśliwie i kończy się pewna era w historii naszego klubu, bo, kończymy rozgrywki na starym stadionie. Serce zostało na Traugutta? Czy da się porównać te całkiem inne obiekty?
– Słysząc pierwszy raz nazwę Lechia widziałem Traugutta i do dziś widzę Traugutta.

Klub nie był przygotowany do przejścia na nowy stadiom pod żadnym względem. Większość działań osób związanych z klubem była związana z przenosinami na nowy obiekt. Za bardzo chyba uwierzono w to, że ja sobie z wszystkim sam poradzę. A wtedy był duży problem, bo Razack Traore oficjalnie powiedział, że chce odejść z Lechii. Chce grać w Legii. I ja spędziłem całą przerwę letnią, żeby mu ten pomysł wybić z głowy.

Nie pożegnaliśmy się ze stadionem przy Traugutta pozytywnie, ale wszystkie mecze tam rozegrane były czymś wyjątkowym. Nie wiem czy już dzisiaj kibice ten nowy stadion uważają w pełni za swój. Te przenosiny i zmiana tej tożsamości to nie są rzeczy łatwe. Nie tylko dla trenera, nie tylko dla drużyny, ale dla wszystkich.

Rozmawiali MK i MS

CDN wkrótce

Podobne artykuły
Top