Jesteś tu
Home > artykuły > Bogusław Kaczmarek. Opowieści Boba cz. 1

Bogusław Kaczmarek. Opowieści Boba cz. 1

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

21 maja meczem na stadionie przy ulicy Traugutta trener Bogusław Kaczmarek podsumuje swą bogatą piłkarską przygodę. Będą znamienici goście  – Adam Nawałka, Leo Beenhakker, Cezary Kucharski, Jerzy Dudek i wielu innych. Jednak nas interesuje głównie biało-zielony rozdział jego kariery, dlatego na tę okoliczność chcieliśmy go odpytać. Oczywiście się nie udało, bo po zadaniu pół pytania to trener przejął stery. A było czego posłuchać, bo „Bobo” wiele przeżył i opowiadać potrafi jak mało kto!

DWA KOLORY SZARY

Od małego marzyłem, by znaleźć się nad morzem. Pierwszy raz przyjechałem tu z trampkarzami Startu Łódź, w wieku 11 lat. Graliśmy przedmecz na stadionie Arki. Start Łódź to była silna II-ligowa drużyna, my na Ejsmonda, mieszkaliśmy w domkach kempingowych Gromady za Mariną. Jak człowiek ma marzenia to się spełniają. Ja mieszkałem w Łodzi w dzielnicy lumpenproletariatu gdzie były dwa kolory. Jeden szary, drugi brudny.

Było to dzielnica czynszówek wybudowana przez Niemców, Żydów, same manufaktury, typowa ziemia obiecana. Dlatego od zawsze chciałem mieszkać w Trójmieście.
Przeniosłem się tu mając lat 19. Na obecnym AWF-ie otworzono kierunek eksperymentalny, biologia z wychowaniem fizycznym. Nigdy nie chciałem, by moim pierwszym zawodem w przyszłości był trener.

PRZYJAZD DO GDAŃSKA

Miałem kontuzję, by uciec przed wojskiem zacząłem studiować ekonomikę spółdzielczości. Komuniści z Łodzi założyli przy uniwersytecie taki kierunek, dla wszystkich swoich funkcjonariuszy, w myśl zasady proletariusze wszystkich nauk łączcie się. Te studia załatwił mi bez egzaminu przyszły prezes Widzewa, Ludwik Sobolewski,  wówczas prezes Startu, chodziłem tam do kwietnia, wtedy pobór minął i złożyłem wszystkie dokumenty na gdański AWF.

Dostałem informację, że się dostałem i przyjechałem do Gdańska. Nie było łatwo, było siedmiu kandydatów na jedno miejsce. Przyjeżdżali z całej Polski, bo był to atrakcyjny kierunek, można było być nauczycielem biologii i wychowania fizycznego i sportu. Były specjalizacje robione i można było mieć trzy zawody. Skontaktowałem się z Łazarkiem, którego znałem z Łodzi, Lechię wtedy prowadził śp. Jerzy Słaboszowski. Miał wtedy obóz w Sztumie, pojechałem na ten obóz (rok 1970). To była wspaniała ekipa: Jurek Panek, Marek Hartman, Marian Maksymiuk, Bogdan Kędzia i młoda fala: Puszkarz, Głownia, Słabik, Małolepszy, Makowski, Zaremba, Szczęsny, Rogacki, Górski. Ze starszych jeszcze Apolewicz. Zaczynały się studia, na których zajęcia były od 7 rano do 17 z jednym dniem wojska w tygodniu od 6 rano do 21, taki był wtedy program.

Pół roku wtedy nie grałem w piłkę, z nogą miałem problemy, był taki piłkarz „Tosiek” Szadkowski, w reprezentacji Polski grał w nieszczęsnym meczu z Holandią, który przegraliśmy w ostatniej minucie, w eliminacjach do mistrzostw świata w Meksyku w 1970 roku. Graliśmy sparing Start – ŁKS, jako młody chłopak wchodziłem do drużyny i  chciałem go ograć, zrobić mu siatkę, a on mi nakładkę dwoma nogami, w efekcie spędziłem osiem miesięcy w szpitalu na herbatkach.

Nie mogłem w Lechii wtedy zaistnieć, nie było takich możliwości. Nie było zainteresowania moją osobą, byłem wtedy zawodnikiem anonimowym. To była drużyna z umiejętnościami piłkarzy ekstraklasowych. Nie byłem wtedy fizycznie gotowy. Wojtek Łazarek prowadził wówczas reprezentację województwa gdańskiego. Przez pierwsze pół roku trenowaliśmy na Kościerskiej bądź na AWF-ie, a ja dochodziłem do siebie. Pomagałem mu w tej pracy. Byłem na obozie w Sztumie, potem w Słupsku, wielu chłopców z tej kadry osiągnęło poziom ekstraklasowy: Tomek Korynt, Mirek Tłokiński, „Zito” Rozborski i musiałbym wymienić jeszcze dwunastu którzy zagrali w ekstraklasie.

KOWAL, ŚLUSARZ I SZEWC W JEDNYM

To były dziwne czasy. W przypadku Lechii o braku awansu zdecydowało to, że Arka po spadku w 1975 roku miała nadal silny zespół, z tych dwóch drużyn jakby zrobili jedną to byłaby drużyna na mistrza Polski. W ataku Lechii grał Tłokiński, Korynt i Puszkarz. W porównaniu do Stali Mielec gdzie grali Szarmach, Lato i Domarski to były równorzędne formacje napadu. W II linii grał Kasalik, Krawczyk i ja, Kliszewicz i Głownia na ławce, Gładysz to był jeden z najlepszych obrońców w Polsce, Słabik, Zbyszek Żemojtel czy Janusz Makowski to byli obrońcy grający bardzo nowocześnie. Zabrakło organizacji. Gdyby był „sport management” z prawdziwego zdarzenia to ten zespół najpierw wszedłby do ekstraklasy z Łazarkiem, a potem by się w niej zadomowił. A tak Widzew nas wyprzedził, jego prezesem był Ludwik Sobolewski,  zastępcą był „Fifi” Wroński, to byli ludzie, na których Lechia była za słaba organizacyjnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Myślę też, że zaważyła bardzo niefortunna decyzja zwolnienia Łazarka po pierwszej rundzie w sezonie 1974/75. Był taki mecz z Motorem Lublin – kuriozum jak dla mnie. Pojechaliśmy do Sobieszewa na zgrupowanie przedmeczowe. Była odwilż. Zrobiliśmy trening na innym boisku, a na innym przyszło nam grać.  Motor przyjechał, spali w hotelu na Traugutta, zrobili sobie wieczorem rozruch, gdyż przyjechali z Lublina późno. Zobaczyli jakie jest boisko, zrobiła się skała, zrobił się lód, był taki gospodarz Apanasiewicz, buty naprawiał, taki kowal, ślusarz i szewc w  jednym. Pożyczyli od niego imadło, brzeszczoty i ponacinali sobie buty. Ten mecz prowadził sędzia międzynarodowy z Łodzi Andrzej Ogorzewski, mój sąsiad, cztery domy dalej się wychowywaliśmy przy ulicy Lutomierskiej. Wyszliśmy na ten mecz, u nich grał Janusz Przybyła, szybki gość z lewą nogą, później był w Lechii, ale nie został zatwierdzony, chodziło o jakieś sprawy organizacyjne. Stało się jak stało przegraliśmy 0:3 u siebie.

Ale nasze nieszczęścia zaczęły się od wcześniejszego meczu z Arką. Ja ograłem Kędzię, wrzuciłem piłkę z rotacją do Kasalika. „Kasal” wyszedł i głową uderzył przepięknie. Później Tandecki strzelił nam bramkę, Krzysiu Słabik chyba uciął sobie lekką drzemkę w tym momencie,  ale nie należy go obwiniać. W tym meczu gdybyśmy wygrali to Arka by się chyba już nie podniosła, mielibyśmy pięć punktów przewagi przy dwóch oczkach za wygraną.

Ale tego meczu niefortunnie przegranego z Motorem, nie zapomnę go. Przyszło mnóstwo ludzi, mimo że mróz był dosyć poważny,  niektórzy z naszych zawodników jak np. Zdzichu, wyszli w lankach i ci z Motoru objeżdżali nasza obronę, nie było przyczepności z naszej strony zupełnie. Później był jeszcze mecz z Zawiszą, na wyjeździe padł remis. Nazajutrz przychodzi Łazarek na trening, a gospodarz obiektu mówi do niego: „Panie trenerze, pan już tu nie pracuje”.

PRUSKA DYSCYPLINA POLAKOWA

Za niego przyszedł trener Grzegorz Polakow. Działacze doszli do wniosku, że potrzebna jest silna ręka. Łazarek mistrz dobrej atmosfery i człowiek o zupełnie innej konstrukcji. Grał też jako piłkarz na dobrym poziomie, natomiast Polakow nigdy nie był piłkarzem, skończył AWF i na zasadzie pruskiej dyscypliny próbował w tej piłce coś robić, zresztą ze sporym powodzeniem w niektórych klubach. Natomiast do tej drużyny po Łazarku absolutnie nie miał ręki.
O awansie zdecydował wyjazdowy mecz w Gdyni, który był bardzo wyrównany. Kto strzelił bramkę ten mecz wygrywał. I niestety! Strzelił, ale dla Arki Szybalski bramkę w 83 minucie, Zdzichu dostał czerwoną w tunelu, „Maki” też! Sędziował arbiter międzynarodowy Alojzy Jarguz, który na tamte czasy był nieomylny, niezależny w swoich decyzjach jak statua wolności. Po tym meczu zaczęto różne ideologie dopisywać, że nie wszyscy w Lechii byli gotowi by grać w ekstraklasie.
Od czego zaczęła się degrengolada. Po którymś meczu, redaktor Jurek Templin, zrobił z Mirkiem Tłokińskim wywiad. Mirek powiedział szczerze od serca, że treningi trenera Łazarka, a trenera Polakowa to są dwie zupełnie różne rzeczy. Ten to przeczytał, wszedł do szatni i go wyrzucił. Ktoś na to pozwolił. Dla mnie to było typowe marnotrawstwo, jak można majątek klubu tak roztrwonić? Przyjechał Sobolewski i kupił „Tłoczka” do Widzewa za czapkę śliwek. Prezesi budownictwa którzy na piłce się nie znali i opierali się tylko na autorytecie trenera, uznali, że ten zawodnik jest niepotrzebny.

W zarządzie klubu byli prezesi bądź dyrektorzy gdańskich przedsiębiorstw budowlanych. Ten zarząd liczył 12 osób, ale wiadomo że przywódczą role odgrywał i miał swoje zdanie śp. pułkownik Oficjalski, który był człowiekiem z klasą. On był szefem TOR-u, Terenowego Oddziału Rozbudowy lotnisk, współpracował siłą rzeczy z tymi wszystkimi firmami budowlanymi.

DZIDEK NAJLEPSZY

A największą ofiarą tego wiecznego zamieszania w klubie był Zdzichu.
To był najlepszy piłkarz z jakim grałem i przeciwko jakiemu grałem. A grałem przeciwko największym piłkarzom na świecie, nie miałem problemów z Bońkiem, Okońskim, Iwanem, Miłoszewiczem, Ciołkiem. Zdzichu był z nich najlepszy.

puszkarz_2Nawet kiedyś się mieliśmy wybrać razem na południe kraju, Zdzichu miał propozycję z Ruchu Chorzów i Zabrza, ja miałem propozycję z Polonii Bytom. Zdzichu nie pojechał, ja pojechałem, no ale później się z tego wycofałem.

To jest największy absurd jaki mógł się wydarzyć w życiu lechisty. Lechia by wtedy awansowała do ligi, gdyby nie przegrała dwóch meczów ze Stoczniowcem, w którym ja grałem przed przejściem do Lechii w 1974 roku.

Kończyłem studia, skończyłem grać w MRKS, Wojtek wrócił do Lechii. Urodził się Marcin, mój syn, Lechia miała mi wynająć jakieś mieszkanie. Tak mi wynajmowali, że wylądowałbym na ulicy z akademika. Wojtek Przybylski rektor AWF-u cały czas mnie namawiał na Stoczniowca. Miałem tam iść po pierwszym roku gry w MRKS, po drugim i po trzecim, w końcu przyjechali do mnie, pojechaliśmy do Sopotu koło Opery Leśnej wynajęli mi mieszkanie. Żonie się spodobało, na spacery ładne miejsce i poszedłem do Stoczniowca. Nieskromnie powiem, że na Zdzicha miałem patent, nie dlatego, że byłem lepszym piłkarzem, ale po prostu jakoś chyba mu nie pasowałem. Na jesień wygraliśmy 3:1 z Lechią,  przy pełnym stadionie na Marynarki Polskiej, tam tylu ludzi to chyba nigdy nie było.

Wtedy Stoczniowiec miał bardzo silny zespół, ograliśmy Lechię, ograliśmy Widzew w Łodzi, Zawiszę w Bydgoszczy z Bońkiem, Miłoszewiczem. Ale jak patrzę z perspektywy czasu to tam nie wszystkim pasował awans do ekstraklasy. A do dzisiaj mam skrupuły i wewnętrzny niesmak, że te punkty zadecydowały, Lechia by weszła i ja bym grał z Lechią w ekstraklasie. Po roku przecież przyszedłem do Lechii, bo po prostu cały czas wiedziałem, że tu jest moje miejsce, a nie gdzie indziej. I to jest jakiś paradoks, że także przeze mnie tego awansu nie było.

ZBROJARZ-BETONIARZ

W Sopocie po przejściu do Lechii musiałem zwolnić mieszkanie. To były takie czasy, że mnie chcieli ze Stoczni dyscyplinarnie zwolnić. Wtedy Stocznia im. Lenina miała 20 tysięcy pracowników, na trzy zmiany, a jak się chciałem zwolnić, to sam musiałem na rowerze jeździć po tych bibliotekach, by obiegówkę podpisać.
W Stoczniowcu to była jedna pensja grupa dziewiąta na Stoczni, najpierw to był instruktor zawodu, a potem byłem jakimś tam gościem od czegoś, aby dostać najwyższą stawkę.
W Lechii dostałem etat na budowie, niektórzy mieli 1,5 etatu, niektórzy dwa. Byłem zatrudniony w GPB. Gdybyście zobaczyli mój dowód i te stemple, że byłem niby murarz-zbrojarz.
U śp. Leszka Pieczonki na Matarni w GPRD miałem wpisane „pracownik dołowy” czyli kopałem doły. Bzdury to były, stało się w kolejce, to była żenada. Ci ludzie biedni patrzyli na nas dziwnie, to potem chociaż zrobili jeden dzień, by normalnych pracowników nie było. To były jakieś dwie średnie krajowe plus jakieś premie.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mieszkanie dostałem z Lechii na Zaspie, bo tam chciałem, Józek Gładysz dostał na Tatrzańskiej. Wziąłem na to pożyczkę z GPB, którą musiałem spłacić, takie były czasy. Ale mieszkanie dostałem poza kolejnością.

Jak my graliśmy wtedy w piłkę w latach 70/80 to Polska była 3-5 na świecie, a kluby grające w europejskich pucharach dochodziło do ćwierć-, pół- i nawet do finału. A zarobki były do tego nierelatywne.

Jak skończyłeś grać w piłkę, jak nie popatrzyłeś wcześnie, by mieć jakąś drugą nogę, jakiś drugi filar, to pętla na szyję zostawała. Żonie przestał się mąż podobać, jak się wcześniej kupowało kosmetyki w niedzielę w Pewexie, w Grand Hotelu albo w Posejdonie to był fajny mąż. Nie można było zarobić wielkich pieniędzy,  zarobki szły na konsumpcję, żyło się godnie i wygodnie, ale żeby odłożyć, nie sądzę, aby ktoś się dorobił wielkich pieniędzy z tych zawodników grających w Lechii.

Podobne artykuły
Top